poniedziałek, 1 sierpnia 2011

O powstaniu warszawskim inaczej

Irytująca jest lekkosć z jaką cytuje się w sieci te wypowiedzi na tematy historyczne, które narzucają skrajne ,jednostronne i często balamutne opinie co przy ich sieciowej popularnosci poglębia ich upowszechnianie.Gdybym napisal,że Polska miala jedyna szanse na bycie wielką poprzez sojusz ze Związkiem Radzieckim to oczywicie ta glupota bylaby cytowana powszechnie jako dowod na cos albo przeciwko czemus.Podobnie jest z powstaniem warszawskim.Mimo uplywu wielu lat od tamtych wydarzeń mamy ciągly brak wnikliwych analiz opartych na archiwaliach( przede wszystkim niemieckich,swoieckich,brytyjskich i amerykańskich).Prace w rodzaju prof.Normana Davisa czy innych wspolczesnych autorow raczej watpliwosci poglebiaja niz rozwiewają.Poza tym częsć z archiwów ciagle jeszcze jest niedostepna dla historykow ( Wielka Brytania czy Federacja Rosyjska) co tym bardziej sklania do formulowania opinii nader ostrożnych.
Nie kwestionując zatem oczywistego bohaterstwa oddzialow AK oraz znacznej większosci mieszkancow Warszawy musimy sobie zadac kardynalne pytanie czy ta ofiara krwi byla konieczna i czy przyniosla jakies pozytywne nastepstwa.Analiza dostepnych zródel oraz wiedza operacyjna polskiego dowodztwa nie pozwala uznac wybuch powstania za kompletnie nieuzasadniony (jak chca autorzy strony www.powstanie.pl na którą powoluje się Radek Sikorski i Leszek Miller na swoich blogach).Nie miejsce aby rozwijac tu szczegolową analizę( piszę na ten temat dluższy tekst)ale warto podkreslic,że na podjecie decyzji o rozpoczęciu walk decydujacy wplyw mialy wiadomosci o probie zamachu na Hitlera(20 lipca 1944),paniczna ewakuacja przez linie kolejowe warszawskie wojsk niemieckich z prawego brzegu Wisly oraz wezwanie komendanta miasta Fischera o stawieniu sie mlodych warszawiakow do budowy umocnien która interpretowano jaka nowa branke podobna do tej ze stycznia 1863 r. Nie bez znaczenia byla wiedza wywiadowcza Komendy Glownej AK o dzialaniach wojsk swoieckich na podejciach do Warszawy oraz nastroj wyczekiwania graniczacy z mozliwoscia wybuchu spontanicznych dzialan wród oddzialow AK zakonspirowanych w Warszawie.Wedlug mojej wiedzy powstanie jednak wybuchlo w najgorszym momencie, bowiem termin 20-25 lipca oraz druga polowa sierpnia byłyby zdecydowanie lepsze.Zabraklo czasu na umiedzynarodowienie konfliktu i podjecie przez rzad emigracyjny dzialan na rzecz wsparcia powstania przez Wielka Brytanie i USA.
Z kolei oskarżanie dowodcow AK o to ,ze narazili swoich zolnierzy na pewna smierc wydaje sie absurdalne conajmniej z dwoch powodow: brak rzetelnej wiedzy konspiratorow zwlaszcza w sprawach wojskowych oraz co szczegolnie ważne politycznych, rezygnacja z walki w otwartym terenie co byloby misja samobojczą na rzecz walk miejskich( doswiadczenia w rozbrajaniu Niemcow z 1918 r.)Dowodztwo AK w pelni swiadomie unikalo przez`caly okres wojny otwartych walk w obawie o nastepstwa w dzialaniach niemieckich szczegolnie wobec ludnosci cywilnej.Nie mozna tego powiedziec o konspiracji sowieckiej czy jugoslowianskiej co doprowadzilo do eksterminacji ludnosci okupowanych terenow ZSRR czy krajow dawnej Jugoslawii. Powstancy byli co prawda slabo uzbrojeni ale dysproporcje te zmniejszyly sie po zdobyciu magazynow na Stawkach oraz koncentracji w Warszawie uzbrojenia z calego obszaru Generalnej Gubernii.Ofiary wsrod ludnosci cywilnej byly nieuniknione tak jak nieuniknione są ofiary wród ludnosci cywilnej w każdej wojnie,zwlaszca w XX i XXI w.Ich skala może i powinna przerazac ale winę za los ludnosci Warszawy ponosza przede wszystkim ci ktorzy je sprawili a wiec oddzialy niemieckie,pacyfikujace miasto wspierajace oddzialy rosyjskie i ukrainskie w sluzbie niemieckiej oraz bezczynne armie sowieckie, zwlaszcza od wrzesnia 1944 r.W tym kontekscie proba desantu na przyczólku czerniakowskim oddzialow armii gen.Zygmunta Berlinga nie powinna byc traktowana jako stalinowski kaprys wodza lecz jako przyklad determinacji częci polskiej kadry dowódczej 1 Armii Polskiej.
Na powstanie nie wolno patrzec przez pryzmat wspolczesnego konfliktu politycznego PIS- PO,bowem z prawda historyczna nie ma to wiele wspolnego a bohaterscy powstancy staja sie czesto wbrew sobie stronami tego konfliktu.Na koniec refleksja: nie chcialbym przeceniac roli swiadomosci historycznej w odzyskaniu niepodleglosci w 1989 r. ale bez mitu powstania warszawskiego podobnie jak mitu Katynia czy na koniec mitu Solidarnoci wydarzenia lat 1980-1981 oraz 1988-1989 bylyby nie mozliwe.

sobota, 29 stycznia 2011

III wojna

Zaczęło się delikatnie w Tunisie,potem w Egipcie,Jemenie i Syrii a później potoczyło się jak kula śniegowa.Wszędzie obalano wiekowych prezydentów i wprowadzono zrazu nieśmiało reformy demokratyzacyjne.Demokracja jak wiadomo daje przewagę większości więc w krajach arabskich dała islamistom i zwolennikom Bin Ladena.Zjednoczone w nienawiści do chrześcijan i Żydów pierwsze co zrobiono to przepędzono białych znad Zatoki Perskiej i zajęto Izrael robiąc po drodze krwawą jatkę.Zachód wystąpił w obronie Izraela wysadzając desant koło Hajfy i rozpoczynając lata nowych wojen krzyżowych.Chiny i Japonia odcięły się od Zachodu w obawie o swoją przyszłość bez ropy znad Zatoki.w końcu USA postanowiły zrzucić bombę atomową na zatokę.W odwecie terroryści dokonali wielu spektakularnych zamachów.Europa i USA zamknęły granice dla Arabów.Zaczęto masowo produkować samochody na prąd elektryczny.Kilkanaście koncernów energetycznych na świecie ogłosiło bankructwa.Wybuchł światowy konflikt między NATO a światem arabskim.Istambuł gdzie ukształtowała się linia frontu przechodził z rąk do rąk.Żołnierze Gromu wytropili i zabili Bin Ladena a w zemście Islamiści wysadzili w powietrze budynek Sejmu.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Wojna domowa

Zasadnicze pytanie jakie zadaje historyk w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r. jest czy mieliśmy do czynienia z wojna domową i czy Polsce rzeczywiście groziła interwencja radziecka.Odpowiedź na drugie pytanie jest paradoksalnie łatwiejsza bowiem z braku wiarygodnych źródeł( za takie nie uważam stenogramu Anoszkina)nie możemy ani zaprzeczyć ani potwierdzić.Pozostają poszlaki i mniej czy więcej zręczne hipotezy.Jest dla mnie natomiast oczywiste,że w obronie bezpieczeństwa swoich linii komunikacyjnych ,które wiodły przez Polskę do NRD ( 20 dywizji radzieckich)Rosjanie poświęciliby każdego polskiego przywódcę.Jaruzelski przy tym zdawał sobie doskonale sprawę z faktu,że jeżeli sam nie wprowadzi jakiegoś rozwiązania siłowego,zostanie odwołany a wówczas Rosjanie zastąpią go bardziej pancernym aparatczykiem lub zdecydują się na własną interwencję jak na Węgrzech i w Czechosłowacji.To zaś pociągnie za sobą poważne implikacje międzynarodowe bojkot ZSRR,zatrzymanie eksportu zboża do Moskwy oraz co najważniejsze wybuch powstania antysowieckiego i ogromne ofiary, przy których ofiary stanu wojennego zdają się być mikroskopijne.W tym sensie stan wojenny jest wojna domową ze wszelkimi jej konsekwencjami,zapiekłością,bezwzględnością, brakiem szacunku dla stron ,zanikiem pola dialogu i koncyliacji.I jak zawsze po jej zakończeniu wykopano rowy nie do pokonania.Stąd trzydzieści lat po wojnie polsko-jaruzelskiej są oceny namiętne, emocjonalne i tendencyjne.Dalej dialogu nie ma a strony momentami rowy nie tylko meliorują ale i powiększają

czwartek, 18 listopada 2010

Dnie polskiej decyzji


Odsłona 4
Dni polskiej decyzji.
Nie ma w naszej historii wielu przykładów decyzji, od których zależeć mogły losy całej Europy. Praktycznie poza odsieczą wiedeńską 1683 r. próżno by szukać w naszych dziejach tak ważkich poczynań. Tym bardziej dziwi brak szerszego zainteresowania poczynaniami polskiej polityki zagranicznej w przededniu wybuchu II wojny światowej, kiedy to być może po raz pierwszy i jak dotąd ostatni od polskiej decyzji zależał los starego kontynentu. Za to kolejne rocznice, które dla dawnych wrogów a dzisiejszych partnerów a nawet sojuszników są okazją do zaokrąglania kantów historycznych interpretacji czy unikania jak ognia ostrych, jednoznacznych sądów, przynoszą schematyczne, utarte, wręcz sloganowe syntezy. Powielając stare prawdy ich autorzy prezentują prace, których osią stają się o dziwo już nie stosunki polsko-niemieckie lecz polsko-radzieckie, nie 1 lecz 17 września, czyli data agresji na Polskę Armii Czerwonej. Wojna z Niemcami jawi się gdzieś w tle jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Nie dziwi mnie to bowiem poszukiwanie prawdy o wydarzeniach poprzedzających wybuch II wojny światowej musi zmuszać do zadania najtrudniejszego z niewygodnych pytań: Czy Polska mogła uniknąć tragicznych wydarzeń lat 1939-1945? I czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami w przededniu wybuchu II wojny światowej?
Jesienią 1938 r. po zawarciu haniebnego układu w Monachium, który okroił Czechosłowację z terytoriów sudeckich wydawało się, że żądania Hitlera zostały ostatecznie zaspokojone. Premier brytyjski Neville Chamberlain wysiadając z samolotu na londyńskim lotnisku machał dziennikarzom i witającym go tłumom tekstem układu monachijskiego mówiąc, najzupełniej szczerze: „Przywiozłem Wam pokój na pokolenia”. W państwach demokratycznych politycy z reguły mówią to, co wyborcy chcą usłyszeć, a po przeżyciach z lat 1914-1918 społeczności zachodnie pragnęły pokoju za wszelką cenę. Trudno się w tej sytuacji dziwić politykom, że starali się jak mogli aby odsunąć widmo konfliktu militarnego, tym bardziej, że znali w przeciwieństwie do własnych obywateli prawdę o katastrofalnym stanie przygotowań wojennych. Nie inaczej z przygotowaniami było w Polsce, za to atmosfera była w całym 1938 r. niezwykle bojowa. Najpierw postawiono na ostrzu wojennego konfliktu Litwę, którą przymuszono do zawarcia stosunków dyplomatycznych a jesienią marszałek Edward Rydz-Śmigły wydał słynny rozkaz „Maszerować”, po zajęto czeskie Zaolzie. Odnieśliśmy na oczach zdumionej Europy kuriozalne sukcesy po których zaczęto o nas mówić w kontekście zbliżonym do Włoch Benito Mussoliniego. I gdy wydawało się, że Polska wpadnie w szeroko rozpostarte ramiona hitlerowskich Niemiec, Warszawa powiedziała stanowcze nie. Co się zatem stało, że uchodzące od 1934 r. za modelowe stosunki polsko-niemieckie tak gwałtownie się popsuły?
Historycy są zgodni w jednym. Jesienią 1938 r. Niemcy postawiły żądania, które Polska odrzuciła co doprowadziło do wybuchu wojny. Przyjrzyjmy się zatem tym żądaniom. Zgłosił je 24 października 1938 r. w trakcie rozmowy z polskim ambasadorem Józefem Lipskim minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim Ribbentrop. Zaproponował ostateczne uregulowanie spornych kwestii w stosunkach polsko-niemieckich co miało być kulminacją prac podjętych przez marszałka Piłsudskiego i Hitlera. Gdańsk-zdaniem Ribbentropa- który „zawsze był niemiecki i zawsze niemiecki pozostanie” powróci do Rzeszy. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa zostanie poprowadzona przez Korytarz. W zamian za to Polska otrzyma na terenie Gdańska eksterytorialną szosę, linie kolejową, wolny dostęp do portu i gwarancje rynków zbytu dla swoich towarów. Oba kraje wzajemnie zagwarantują swoje granice, a pakt o nieagresji z 1934 r. zostanie przedłużony na okres 25 lat. Niemiecki minister zaproponował również przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego, czyli de facto sojusz polityczno-wojskowy z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Rozmowa odbyła się w przyjaznej atmosferze a szef niemieckiej dyplomacji zalecał ambasadorowi Lipskiemu aby nie sporządzał pisemnego raportu, co miało wykluczyć przecieki i szkodliwy rozgłos. Czy zatem analiza niemieckich propozycji pozwala je uznać za ultymatywne żądania czy może projekt szerokiej ugody. W zamian za oddanie Gdańska, który i tak był pod zarządem Ligi Narodów i przeprowadzenie drogi i kolei przez Pomorze Gdańskie, Polska uzyskiwała prawa w Gdańsku identyczne a nawet szersze od tych jakie posiadała. Dodatkowo perspektywa przystąpienia do paktu antykominternowskiego stawiała Polskę w szeregu mocarstw. Niemcy godziły się na zagwarantowanie granicy zachodniej z Pomorzem, Wielkopolską i Śląskiem o co toczono militarne, a później polityczne spory przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Beck miał zatem nie lada orzech do zgryzienia. Pewnie dlatego, propozycje niemieckie skrzętnie ukrywał nie tylko przed własna opinia publiczną ale także przed Rydzem-Śmigłym i prezydentem Ignacym Mościckim. Dopiero gdy strona niemiecka zaczęła się zdecydowanie domagać odpowiedzi postanowił naradzić się w gronie najważniejszych osób w państwie. Do spotkania doszło 8 stycznia 1939 r. Obok prezydenta Ignacego Mościckiego uczestnikami byli premier Felicjan Sławoj-Składkowski, wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, Beck i Rydz-Śmigły. Szef polskiej dyplomacji zrelacjonował stan stosunków polsko-niemieckich koncentrując się na żądaniach niemieckich. Po krótkiej dyskusji uczestnicy ustalili że jeżeli Niemcy będą podtrzymywać naciski na Warszawę w kwestii Gdańska i autostrady to Polsce grozi konflikt w wielkim stylu a same żądania są jedynie pretekstem do jego wywołania. Dlatego uznano, że uległość ze strony polskiej może prowadzić wprost do utraty niepodległości. Dalsze konsekwencje tych decyzji znamy doskonale: zdecydowana odmowa Warszawy, gwarancje brytyjskie z marca 1939 r. dla Polski, wypowiedzenie paktu o nieagresji przez Niemcy w kwietniu i wydanie przez Hitlera rozkazu o przygotowaniu ataku na Polskę.
Czy zatem Polska mogła przyjąć niemieckie propozycje i stać się obok Finlandii, Rumunii, Węgier czy Bułgarii sojusznikiem Niemiec? Odpowiedź powinna być negatywna bo przecież Polacy staliby się współwinni okrutnych zbrodni hitlerowskich a obozy hitlerowskie w Polsce stałyby się być może faktycznie obozami polskimi. Świat jednak nie oskarża społeczeństw tych państw o uczestnictwo w Holocauście. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację gdy po stronie państw Osi staje milionowa armia Polska, dodatkowo zaopatrzona w doskonały sprzęt pancerny i artyleryjski z Czech i Niemiec. W takiej sytuacji Związek Radziecki upadłby nie w 1990 r. lecz pół wieku wcześniej. Znacznie trudniej jest natomiast wskazać jak zakończyłaby się II wojna światowa. Bez wątpienia cały świat wyglądałby inaczej. Ale czy lepiej? Dla milionów Polaków cierpiących poniewierkę, głód, narodowe szykany i bestialskie traktowanie bez wątpienia lepiej. Nie byłoby Katynia, łagrów, deportacji i cierpień w Kazachstanie, zapewne nie byłoby Palmir, Pawiaka i powstania warszawskiego ale raczej nie dałoby się uniknąć utworzenia obozów śmierci dla milionów polskich i europejskich Żydów. W tym sensie nasz udział w ludobójstwie byłby nie tylko bezdyskusyjny ale na długie lata obciążył nasze narodowe sumienia. Tak jak dzisiejszych Niemców.
Odpowiedź zatem na pytanie czy Polska powinna stać się pierwszym sojusznikiem Hitlera należy raczej zastąpić pytaniem: Czy Polska w ogóle zastanawiała się na taką alternatywą? W trakcie wspomnianego już spotkania ze stycznia 1939 r. nikt nie zająknął się w kwestii zaakceptowania niemieckich propozycji, ba nawet nie sugerowano grania ewentualną zgodą wobec Berlina, Paryża, Londynu czy Moskwy. Polskie przedwczesne „Tak” było tak samo zgubne jak przedwczesne „Nie”. Po odkryciu kart nie da się blefować wobec nawet najsłabszego gracza, a co dopiero wobec tuzów europejskiej dyplomacji. W tym sensie decyzje podjęte 8 stycznia 1939 r. były słuszne jedynie co do celów, natomiast co do kierunków nie trafne a w wymiarze taktycznym wręcz fatalne w skutkach.
W jednej z rozmów ambasadora Lipskiego z Ribbentropem polski dyplomata zaznaczył, że wyrażenie zgody na przyłączenie Gdańska nigdy nie uzyska akceptacji Polaków. Czy rzeczywiście polska opinia publiczna była w tych kwestiach taka zgodna? Poza odosobnionym Władysławem Studnickim, zdeklarowanym germanofilem cała ówczesna opinia publiczna była przeciwna jakimkolwiek ustępstwom wobec Niemiec. Nawet szczególnie wpływowe kręgi sanacyjne poza pozorami utrzymywania poprawnych stosunków z Niemcami w duchu paktu z 1934 r. w coraz większym stopniu podkreślały wiarę wyłącznie we własne siły. Przestrzeń zatem w jakiej poruszał się minister Beck była niewielka. Szef polskiego MSZ nie miał ani takich wpływów ani przekonania aby naruszyć główny filar piłsudczykowskiej polityki zagranicznej: równych odległości pomiędzy Warszawą a dwoma wielkimi sąsiadami. Tym samym wybór jednego z sąsiadów na potencjalnego sojusznika w każdym wypadku oznaczał polityczne samobójstwo. Nie znaczy to jednak, że rozgrywka dyplomatyczna Józefa Becka została poprowadzona dobrze. Po pierwsze Beck przecenił własne talenty i źle ocenił rzeczywiste cele Hitlera. Jego zdaniem Berlin po Monachium prowadził politykę rozmiękczania Polski taką samą jaką podjął wobec Czechosłowacji. Według polskiego ministra była to jedynie próba sił, którą należało wytrzymać. Odrzucając niemieckie żądania Beck zdawał się nie dostrzegać konsekwencji swoich decyzji wierząc, że to jedynie swoista gra nerwów. Nie uświadamiał sobie, bodaj do słynnego przemówienia w Sejmie w maju 1939 r., że na końcu polskiego „nie” czai się militarny konflikt i to z obydwoma sąsiadami. Brak było przy tym ścisłego współdziałania pomiędzy Beckiem a Rydzem-Śmigłym przez co ten pierwszy przecenił siłę polskiej armii, gdy Generalny Inspektor nazbyt późno poinformowany o narastającym zagrożeniu nie podjął żadnej politycznej inicjatywy. Stąd zapewne duża pasywność na przełomie 1938/1939 r. w polskich poczynaniach i naiwne trwanie w przekonaniu o szansach na oparcie się Niemcom. Strona polska nie wykorzystała przy tym wszystkich możliwości działania. Nie podjęto dyplomatycznej gry z Hitlerem łudząc go z jednej strony nadziejami na rychłe porozumienie, z drugiej szachując państwa zachodnie i Moskwę możliwością takiego porozumienia. O tym, że Londyn i Paryż bardzo obawiały się zawarcia układu sojuszniczego Polski z Niemcami, świadczy decyzja Londynu o udzieleniu Polsce jednostronnych gwarancji bezpieczeństwa, co było bezprecedensowym gestem ze strony Wielkiej Brytanii w ogóle, a wobec kraju z Europy Wschodniej w szczególności. W Londynie znano od początku niemieckie propozycje i poważnie obawiano się, że Polska je zaakceptuje nie z racji swojej słabości lecz z powodu ich stosunkowo łatwych do zaakceptowania - zdaniem Brytyjczyków- treści. Mając to na uwadze, Beck nazbyt pochopnie zgodził się na przyjęcie gwarancji Londynu, naiwnie sądząc, że mają szczery a nie taktyczny wymiar. Konsekwencje tego są powszechnie znane. Dlatego ewentualna decyzja o odrzuceniu niemieckich żądań i przyjęciu brytyjskich gwarancji powinna pociągnąć za sobą zasadniczą zmianę głównego celu polityki zagranicznej jakim powinno się stać bezpośrednie zagrożenie konfliktem zbrojnym ze strony Niemiec. Tak się niestety nie stało. Dodatkowo zmianę w stosunkach polsko-niemieckich skrzętnie wykorzystał Stalin doprowadzając do zbliżenia z Niemcami i zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow. Polska znalazła się w potrzasku z bezwartościowymi gwarancjami brytyjskimi i martwym od lat sojuszem polsko-francuskim. Wmanewrowana w wojnę na dwa fronty niejako na własne życzenie, nie będąc kompletnie przygotowana nawet do walki tylko z jednym z sąsiadów, kolejny raz w historii krwawiła w samotności. Dlatego pytania o inne drogi wyjścia dla Polski w 1939 r. muszą być stawiane aby się ostatecznie przekonać czy faktycznie jedynym atutem jaki nam pozostał w 1939 r. był honor.

środa, 17 listopada 2010

Odsiecz wiedeńska


Odsłona 3
Odsiecz wiedeńska 1683 r.
XVII wieku był przepojony wojną. W ciągu stu lat nie było roku aby nie wojowano. Walczyli prawie wszyscy. W wojnach lokalnych, koalicyjnych i domowych. Był jednak jeden wspólny wróg prawie dla całej ówczesnej Europy –Imperium Tureckie. Odmienna religia, obyczaje i kultura, agresywność i okrucieństwo na podbijanych ziemiach czyniła z Turków szczególnie niebezpiecznych przeciwników dla chrześcijańskich monarchii. Centralistyczna i nowoczesna organizacja państwa oraz znaczny potencjał demograficzny i nieprzebrane bogactwa przydawały temu zagrożeniu wprost śmiertelne oblicze. W decydującym dla naszego kontynentu momencie pojawił się zwalisty magnat i hetman, od 1674 r. elekcyjny król Polski –Jan III Sobieski. Stanął na czele odsieczy, dla obleganego przez Turków Wiednia i 12 września 1683 r. rozgromił potężna armię turecką wielkiego wezyra Kara Mustafy. To wspaniałe zwycięstwo, jedno z największych w dziejach oręża polskiego, nie miało jednak szczęścia do rzetelnego opisu. Manipulowano danymi i to zarówno strona polska jak i austriacka czy niemiecka. Króla polskiego w jednych opracowaniach wynoszono na piedestał, w innych jego rolę pomniejszano, zarzucając mu przy tym nie wywiązanie się z umów sojuszniczych czy brak nadzoru nad podległymi wojskami.
Ekspansja niewielkiego plemienia z tureckiej Anatolii na czele którego stała dynastia Osmanów odbywała się początkowo niepostrzeżenie dla europejskiej opinii publicznej. Dopiero wdarcie się na teren dzisiejszych Bałkanów, a zwłaszcza zdobycie Konstantynopola w 1453 r. uświadomiło władcom europejskim powagę tureckiego niebezpieczeństwa. W 1526 r. podjęto kolejną próbę powstrzymania ekspansjonizmu tureckiego na kontynencie. Niestety w przegranej pod Mohaczem bitwie pogrzebano za sprawą śmierci Ludwika II Jagiellończyka nie tylko plany dynastyczne Jagiellonów ale także szansę na wyrzucenie Turków z Węgier i Siedmiogrodu. Te spektakularne sukcesy Imperium Osmańskie zawdzięczało nieprzeciętnym talentom wojskowym swoich władców. Przy tym każdy kolejny sułtan w zgodzie z prawem dynastycznym musiał zgładzić wszystkich swoich braci aby żadna z rywalizujących na dworze koterii nie mogła się odwołać do pochodzenia z rodu Osmana. To okrutne prawo wywarło korzystny wpływ na zapewnienie wewnętrznego ładu i skoncentrowanie się na zewnętrznych podbojach. Gdy Turcy przysposabiali swoje państwo do kolejnych agresywnych działań władcy chrześcijańskiej Europy toczyli permanentne spory o trony czy dominację między dynastiami. Monarchia absolutystyczna narodziła się w Turcji i to sto lat przed królem Francji Ludwikiem XIV.
W XVII w. ta przewaga nie była już tak znaczna, a zmiany jakie dokonywały się w Europie zwłaszcza po wojnie trzydziestoletniej różnice te niwelowały. Wzrost znaczenia władców, powstanie stałych zawodowych armii, rozwój administracji centralnej czyniły zwłaszcza z monarchii habsburskiej trudnego przeciwnika dla Turcji. Sytuacja Austrii nie była jednak na tyle dobra aby Wiedeń nie musiał skorzystać z inicjatywy papieża Innocentego XI doprowadzenia do przymierza z Polską, uwikłaną równie silnie w konflikt z Turcją.
Sytuacja Rzeczypospolitej w XVII była dramatyczna. Nieustanne wojny z Rosją , kilkuletnia szwedzka okupacja czy krwawa wojna domowa na Ukrainie wyniszczyły kraj (liczba ludności spadła wówczas o 1/3). Żeby jeszcze było mało nieszczęść w 1672 r. spadła na Polskę nawała turecka. Padł Kamieniec Podolski symbol oporu polskiego na Podolu. W „haniebnym” traktacie w Buczaczu oddano Turkom większą część Ukrainy. Pomimo zwycięstwa chocimskiego w 1673 r. nie udało się przywrócić polskiego stanu posiadania na Podolu. Natomiast w trakcie tej wojny ujawnił się w całej pełni niezwykły talent wojskowy hetmana wielkiego koronnego, a od 1674 króla Polski Jana III Sobieskiego. Niezwykła to postać zważywszy na profesję wojskowego. W 1646 r. ukończył studia na wydziale filozoficznym Akademii Krakowskiej. W trakcie studiów poznał znakomicie łacinę, opanował również tak cenną dla polityków sztukę retoryki, zdobył solidne podstawy wiedzy historycznej. Obok łaciny mówił Sobieski dobrze po niemiecku i francusku, znał także podstawy tureckiego i greki. Po studiach ponad dwa lata przebywał na zachodzie Europy, gdzie poznawał organizację i obronność Rzeszy, Niderlandów, Francji i Anglii. Po powrocie jako rotmistrz stanął na czele chorągwi (zaciągniętej z własnych środków) i wziął udział w obronie Zamościa w trakcie powstania Chmielnickiego. Zaczęła się wspaniała kariera wojskowa Sobieskiego.
Po objęciu tronu Jan III Sobieski stał początkowo na czele stronnictwa profrancuskiego licząc na pokój z Turcją i doprowadzenie, w sojuszu z Burbonami, do zdobycie Prus Książęcych, oraz Śląska. Uwikłany w konflikt austriacko-francuski, będący osią rywalizacji w Europie, szukał Sobieski pretekstu do zmiany orientacji w polskiej polityce zagranicznej. Do konfrontacji doszło na Sejmie Walnym w Grodnie w 1679 r. gdzie król porzucił kompletnie nieefektywny sojusz z Francją i przeszedł do obozu proaustriackiego. Podjęte tam działania miały na celu także wzmocnienie wewnętrznej pozycji króla, który nieustannie borykał się z silną opozycją. Otwarcie mówiono o kolejnej elekcji na co wpływ miało także pogarszający się stan zdrowia monarchy, zwłaszcza nasilająca się epilepsja. Odzywały się skutki wieloletnich kampanii wojennych, zwłaszcza ciężkiej rany głowy odniesionej pod Beresteczkiem. Sobieski miał już 50 lat, z czego wojował od 25 roku życia.
Czy faktycznie zmiana polityki zagranicznej w 1679 r., która przyniosła w konsekwencji wiktorię wiedeńską była nieuchronna i czy z punktu widzenia polskich interesów była słusznym rozwiązaniem. Przeciwstawienie się najazdowi tureckiemu nie budzi żadnych wątpliwości ale czy wyczerpano wszelkie możliwości stworzenia trwałego pokoju z Portą Otomańską. Analiza dokumentów dyplomatycznych pokazuje, że zarówno pokój jak i wojna z Turcja były bardzo realne. Sygnały, co prawda niezbyt silne , ze strony Turcji zdają się potwierdzać opinię, że za przejściowe oddanie Kamieńca i części Podola możliwy był w miarę trwały sojusz polsko-turecki skierowany przeciw Moskwie. Rezydent polski w stolicy Turcji Samuel Proski napisał w jednym z raportów „…Niechże Duch Święty rządzi sercem Jego Królewskiej Mości, aby obrać musiał, czy z Moskwą wytargować ablata ( tu: ziemie zabrane) u Porty, czy z Portą u Moskwy”. Faktycznie król miał poważny dylemat i jak zwykle to bywa o ostatecznym wyborze ( ale czy najlepszym?) zadecydowały drobiazgi. Z jednej strony dyskredytacja polityki francuskiej przez sprytnego austriackiego ambasadora w Warszawie Hansa Christopha Zierowskyego, z drugiej obraza żony króla Marysieńki Sobieskiej przez Ludwika XIV za sprawą odrzucenia jej starań o nadanie ojcu królowej, markizowi d´Arguien, stosownych godności we Francji
Zmienioną sytuację natychmiast wykorzystał cesarz austriacki Leopold I wysyłając misję dyplomatyczną do Warszawy. Narady prowadzono w trakcie obrad Sejmu w lutym i marcu 1683 r., gdyż król Jan nie posiadał odpowiednich pełnomocnictw do podpisywania umów z obcymi państwami. Traktat podpisano 31 marca 1683 r. a Sejm z niejakim oporem go ratyfikował 16 kwietnia. Zgodnie z zapisami traktatu obie strony miały wesprzeć kraj napadnięty przez Turków jedynie w przypadku oblężenia stolicy jednego z państw. Dla wszystkich było już oczywiste, że Turcy, maszerujący z Adrianopola, prą na Wiedeń. Polacy zgodnie z traktatem mieli wystawić 40 tysięcy, tymczasem Sobieski pociągnął pod Wiedeń na czele armii o połowę mniejszej. Czyżby więc strona polska nie wypełniła warunków traktatu? I tak i nie. Tak- bowiem cały wysiłek mobilizacyjny przewyższył traktatową liczbę 40 tys. , nie- bowiem król część wojsk pozostawił w kraju a Litwini w ogóle pod Wiedeń nie dotarli. Ustalenie rzeczywistej liczby wojsk polskich pod Wiedniem nastręcza zresztą nie mało problemów. Wystarczy w tym miejscy odwołać się do badań prof. Jana Wimmera, który kilkakrotnie weryfikował własne ustalenia. W tym sensie za najbardziej wiarygodną uznałbym pracę amerykańskiego historyka Thomasa M. Barkera, który podał liczebność 18.000 Polaków jako najbardziej prawdopodobną. Dla poprawności metodologicznej podajmy, że historyce austriaccy zaniżają udział Polaków do 13.000-14.000 , natomiast Wimmer podaje liczbę 20.950 żołnierzy, z czego połowę miała stanowić jazda.
Przebieg bitwy jest powszechnie znany, warto natomiast przytoczyć garść mniej znanych i kontrowersyjnych szczegółów. W dokumentach austriackich poprzedzających bitwę wiedeńską panuje przekonanie, że pomoc Polaków, jeżeli nadejdzie , to na pewno nie prędko. Tymczasem Turcy rozpoczęli oblężenie Wiednia 14 lipca 1683 r. a król Jan wyruszył z Wilanowa zaledwie 4 dni później 18 lipca . Gdy Jan III Sobieski maszerował na Wiedeń, cesarz Leopold salwował się ucieczką do Passau, ponad 200 km na zachód od Wiednia, nic więc dziwnego, że wojskami cesarskimi musiał dowodzić książę Karol Lotaryński. Spornym problemem była od początku kwestia dowodzenia wojsk odsieczowych, bowiem obok polskich i austriackich były jeszcze wojska Rzeszy ( Sasi, Bawarczycy i Frankończycy). Dowodzenie zrazu zapewnił sobie Sobieski, bowiem w umowie sojuszniczej zapisano ,że naczelnym wodzem zostanie król będący na polu bitwy. Ponieważ cesarz Leopold nie był żołnierzem oczywistym było, że zarówno dowódca Austriaków książę Lotaryński, jak i Niemców książę Georg Fridrich von Waldeck musieli podporządkować się Sobieskiemu. Gdyby jednak Leopold pojawił się na polu bitwy jemu przypadł by zaszczyt dowodzenia wojskami koalicji. Cesarz wyruszył zatem z Passau do Wiednia ale po spotkaniu z nuncjuszem apostolskim Francesco Buonovisim w Linzu zawrócił. Dla stolicy apostolskiej znacznie ważniejsze było doświadczenie wojskowe Sobieskiego niż ambicjonalne fochy cesarza. Nuncjusz najnormalniej w świecie zaszantażował Leopolda I oświadczając mu, że jak król Polski nie będzie wodzem naczelnym wycofa się do kraju. Strach przed samotną walką z Turkami okazał się silniejszy i 3 września cesarz potwierdził na piśmie, że komenda należy się królowi polskiemu. Odrębna kwestią był plan bitwy, Sobieski zgodnie z tradycją polskiej sztuki wojennej dążył do rozstrzygnięcia w walnej bitwie nawet kilkudniowej, gdy książę Lotaryński widział frontalny atak pod mury Wiednia celem przerwania oblężenia. W tym celu domagał się objęcia dowództwa lewego skrzydła oddając Polakom prawe. W centrum miały walczyć wojska Rzeszy pod Waldeckiem. Przebieg bitwy potwierdził znaczną zbieżność zamysłów Sobieskiego i Karola Lotaryńskiego. Silny atak piechoty niemieckiej i austriackiej związał wojska Kara Mustafy ułatwiając szarżę husarii. O 16.30 w niedzielę 12 września ruszyła na Turków jedna z największych w dziejach formacja jazdy (20.000 koni) zmiatając z pola bitwy janczarów. Około 18 wielki wezyr Kara Mustafa uciekł z pola bitwy a wraz z nim znaczna część armii tureckiej. Do obozu tureckiego pełnego bogactw wkroczył Sobieski. Straty tureckie zważywszy na rangę zwycięstwa wyniosły ledwie 10 % stanu. Nic dziwnego, że wojna z Turcją trwała jeszcze kilkanaście lat. Pobita choć nie zniszczona armia turecka nie była już jednak w stanie ponownie zagrozić Europie.
Echa wiktorii wiedeńskiej dotarły do najdalszych zakątków Europy. W stolicach państw zapanowała niewyobrażalna euforia. Tylko we Włoszech na cześć zwycięzców napisano kilkaset poematów. Malarze, kronikarze i poeci na wyścigi starali się uwiecznić ten wiekopomny jak mawiano triumf świata chrześcijańskiego nad islamem. Po Turkach w Wiedniu zostały bogate łupy, wśród których były dziwne palone owoce, które zalane wrzątkiem wydzielały wspaniały aromat. Pierwsza kawiarnia, bo o kawie mowa, powstały w Europie właśnie w Wiedniu, otwarta przez Polaka Franciszka Kulczyckiego, jednego z bohaterów oblężenia, który przedostał się do oblężonego Wiednia w przebraniu tureckim i przekazał obrońcom najświeższe informacje o odsieczy.

wtorek, 16 listopada 2010

Czy Polska była mocarstwem?


Odsłona 2
Czy Polska była mocarstwem?
Pytanie z pozoru wydaje się kuriozalne. W świetle naszych współczesnych dokonań na arenie międzynarodowej, Polska jawi się jako niezwykle dumne, wręcz aroganckie, państwo którego siła jest wszakże odległą projekcją pozycji choćby z lat 1918-1939. A i wtedy Polska była krajem, które było przedmiotem rozgrywek ówczesnych mocarstw. Czy Polska zatem w swojej 1000-letniej historii była kiedykolwiek mocarstwem? Czy podobnie jak inne wielkie państwa dyktowała warunki sąsiadom, najeżdżała je z jednej strony i cywilizowała z drugiej? W jakim momencie naszych dziejów Polska dała najwięcej Europie a może i światu. Odpowiedź na to pytanie choć wcale nie najłatwiejsza jest wszakże dla mnie oczywista. Takim czasem były lata panowania króla Zygmunta Starego i jego syna Zygmunta Augusta, czyli lata 1501-1572. Polska „Złotego Wieku”. Kraj wolności religijnej i humanizmu, bogactwa za sprawą wysokich cen zboża, względnego spokoju na granicach. Polska, z którą musieli się liczyć wszyscy ówcześni władcy, uważając nie rzadko za zaszczyt, że ostatni Jagiellonowie łaskawie ich raczyli zaprosić czy docenić. Od Habsburgów przez władców Francji i Anglii, cara Rusi, sułtana tureckiego, po wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego wszyscy zabiegali o poparcie Zygmuntów lub przerażeni pozycją Polski knuli przeciwko nim intrygi.
Za sprawą unii z Litwą Polska stała się jednym z największych państw w Europie, trzykrotnie większym od dzisiejszej. Jedynie Rosja i Turcja powierzchniowo ją wyprzedzały. Także pod względem liczby ludności Polska była w czołówce, ze swoimi 7,5 mln ludności ( inne dane podają nawet 10 mln) ustępowała tylko najludniejszej Francji (16 mln), Rzeszy Niemieckiej (12 mln), Włochom (11 mln) i Rosji (10,5 mln). O pozycji gospodarczej ówczesnych państw oraz ich możliwościach rozwojowych decydował przede wszystkim poziom plonów. XVI-wieczna Polska fantastycznie rozwijała się pod tym względem, ustępując tylko Niderlandom. Zważywszy jednak na ogromną powierzchnię upraw stała się prawdziwym „spichlerzem” Europy i potrafiła to znakomicie wykorzystać. Swój dynamiczny rozwój gospodarczy Polska zawdzięczała przede wszystkim Kolumbowi i odkryciom geograficznym, co spowodowało napływ do Europy gigantycznej ilości kruszców szlachetnych. Potroiło to liczbę monet bitych ze złota i srebra, czego natychmiastowym rezultatem był niespotykany dotąd wzrost cen żywności. Oblicza się, że ceny żywności na terenie Europy wzrosły w przeciągu XVI wieku o 300 % przyczyniając się do spektakularnej koniunktury na polskie zboże. Gdy uświadomimy sobie, że wartość eksportu polskiego zboża wzrosła aż 10-krotnie nie zaskoczy nas dodatni bilans handlowy i systematyczny napływu do Polski pieniądza na inwestycje. Prawdziwy boom przeżywał Gdańsk, przez który szło 80 % polskiego eksportu. Nic dziwnego, że Gdańsk był w XVI w. najludniejszym polskim miastem ( 60 tysięcy mieszkańców) przewyższając stołeczny Kraków, Wilno, Poznań, Lwów i Warszawę. Było co wydawać także na armię, która u schyłku XVI w. stanowiła 0,7 % ludności, gdy w najsilniejszej w Europie Francji ledwie 0,4%. Mieszkańcy Rzeczypospolitej mogli czuć się bezpiecznie.
Niezwykłe zapotrzebowanie na polskie zboże brało się przede wszystkim z jego konkurencyjnej ceny na rynkach europejskich. Według wyliczeń prof. Wyczańskiego zyski z polskiego folwarku pańszczyźnianego wykorzystującego darmową pracę chłopów były 10-krotnie większe od wpływów z dzierżaw uzyskiwanych z ziemi uprawianej przez wolnych chłopów. Konkurencyjność polskiego zboża można porównać jedynie z dzisiejszą konkurencyjnością produktów chińskich, a darmową pracę chłopów na folwarku porównać z pracą współczesnych chińskich robotników pozbawionych jakichkolwiek ubezpieczeń społecznych i rentowych a do tego bardzo nisko opłacanych. Nie przypadkowe to porównanie, bowiem XVI- wieczna Rzeczypospolita rozwijała się równie dynamicznie jak współczesne nam Chiny.
Gospodarka polska rozwijała się harmonijnie a obok szlachty z rozwoju korzystały także miasta i chłopstwo. W Polsce XV w. było ledwie 450 miast gdy u schyłku panowania Jagiellonów aż 1000. Ilość działających ( płacących podatki) rzemieślników była do prawdy imponująca. W małych ledwie kilkutysięcznych miasteczkach było po kilkudziesięciu sukienników, szewców, piekarzy. W niewielkim Garwolinie zarejestrowano aż 63 browarników. W naszej tysiącletniej historii tylko w XVI w. wieśniakom nie opłacało się pieczenie chleba w domu. Taniej, lepiej i łatwiej było go kupić w pobliskim miasteczku. Dla porównania jeszcze w latach 60-tych XX w. było w PRL-u wiele wsi gdzie chleb tradycyjnie pieczono w domu. Nasz kraj rozwijał się nieustannie do przełomu XVI/XVII w., od kiedy zaczął się powolny regres. Poziom wzrostu gospodarczego z końca XVI w. na ziemiach polskich osiągnięto dopiero kilka lat po utracie niepodległości ok. 1800 r.
Dynamiczny rozwój gospodarczy XVI-wiecznej Polski nastąpił przede wszystkim dzięki szlachcie. Skąd nagle w przedstawicielach „klasy próżniaczej” taka aktywność i determinacja?. Odpowiedzi należy szukać ponownie w odkryciu Nowego Świata przez Kolumba, zakończenie licznych wojen w Europie, a w Polsce wojny trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim. Szczególnie ten konflikt pokazał słabość armii opartej na pospolitym ruszeniu rycerstwa. Nie bez znaczenia były również przemiany w technice wojennej związane z upowszechnieniem się broni palnej. Zmiany te zmusiły władców, do poszukiwania oddziałów w pełni zawodowych, nie dzielących obowiązków stawania zbrojnie z prowadzeniem własnych majątków ziemskich. Pozbawiona dotychczasowych splendorów i apanaży klasa rycerska musiała zabiegać o elementarne środki do życia. Biedujący rycerze nie rzadko przemieniali się w groźnych rabusiów grasujących po gościńcach. Tym łatwiej jest zrozumieć masowe zwrócenie się polskiego rycerstwa-szlachty ku gospodarowaniu na ziemi.
W sukurs szlachcie szedł ożywczy wpływ renesansu i reformacji. Musiało to wydać bogate owoce praktycznie we wszystkich dziedzinach. Ma rację Paweł Jasienica gdy pisze że „…Polska XVI w. to kraj pełen fermentu i zbawiennych napięć społecznych, zamożny, gotów przyjąć każdą nowość lub sam ją stworzyć. Nie było w tym kraju martwoty ani przewagi tępego konserwatyzmu. Konstytucja Nic Nowego oznaczała w praktyce: nic nowego po tyrańsku i dyktatorsku, bez zgody uprawnionego ogółu” Ten ogół z pozoru wydaje się elitarną grupką, korzystającą z przywileju urodzenia , w rzeczywistości szlachta polska stanowiła ok. 7% całej populacji a były takie krainy gdzie odsetek dochodził do 20 % ( Mazowsze). Posiadanie czynnego prawa wyborczego przy takim odsetku stawia Polskę bezapelacyjnie na pierwszym miejscu w Europie. Dla zobrazowania wyjątkowego poziomu demokratyzacji ówczesnych stosunków politycznych w naszym kraju podajmy, że w znanej z szybkich postępów demokratyzacyjnych Anglii po zniesieniu w 1867 r. cenzusu majątkowego do wyborów dopuszczono ledwie 2 mln obywateli na 30 mln wszystkich mieszkańców. Nic dziwnego, że o szlachcie polskiej było głośno w całej Europie .W 1573 r. biskup francuski Jan Montluc pisał :”…szlachta polska wybija się wśród innych narodów(…) przewyższa każdą inną jednością i bystrością (…) i nigdy na się nie nastaje ze względów religijnych…” .Zaiste musiał być to kraj niezwykły, gdzie wysoka kultura polityczna sprzęgała się z demokratyzmem, a tolerancja religijna z niewątpliwą religijnością całego społeczeństwa. Polska XVI wieku była nie tylko krajem o znaczącym autorytecie międzynarodowym ale sama stawała się źródłem inspiracji i naśladownictwa. Znane jest na przykład uwielbienie dla polskiej poezji wśród intelektualistów niemieckich nie mówiąc już o masowej akcji polonizacyjnej szlachty litewskiej i ruskiej. Dodajmy polonizacji w pełni dobrowolnej, nie stymulowanej jakimikolwiek administracyjnymi działaniami.
Atmosfera polskiego renesansu tak inspirująca dla szlachty nie była obojętna także duchowieństwu , mieszczaństwu i chłopom. Nasi rodacy byli w XVI w. w permanentnym ruchu co dodatkowo sprzyjało upowszechnianiu się wszelkich nowinek. Peregrynacjom sprzyjała inkorporacja po Unii Lubelskiej ogromnych terenów na południe od Prypeci i oparcie się południowo-wschodniej granicy na Dniestrze i Dnieprze. Źródło polskich problemów w XVII w. sto lat wcześniej inspirowało nowością i ogromem. W 1517 r. ówczesny profesor i rektor Akademii Jagiellońskiej Maciej z Miechowa, dodajmy urodzony w rodzinie chłopskiej ( ciekawe czy dzisiaj jakikolwiek z polskich uniwersytetów ma na swoim czele chłopskiego syna?) opublikował niezwykłe dzieło Traktatus de duabus sarmatis ( Traktat o dwóch Sarmacjach). Polemizując z Ptolemeuszem zakwestionował istnienie na wschodzie Europy mitycznych gór oraz obalił powszechnie obowiązującą zasadę, że rzeki muszą swój początek brać w pasmach górskich. Praca ta stała się kanonem wiedzy geograficznej po dziś dzień, choć sam Miechowita uważał siebie bardziej za lekarza. Napisał również doprowadzoną do współczesności Kronikę Polską, oddawał się z powodzeniem astronomii i astrologii a u schyłku życia ( zmarł w 1523 r. ) został radnym Krakowa. Za sprawą licznych tłumaczeń i wielu wydań traktat Macieja z Miechowa spopularyzował pojęcie Sarmata i Sarmacja, które od tego momentu zaczęto utożsamiać ze starożytnymi ,w zgodzie z renesansową modą , potomkami polskiej szlachty.
Dbałość o wysoki poziom wykształcenia był XVI-wieczną normą począwszy od gruntownie wykształconego Zygmunta Starego po nawet dzieci chłopskie, jak widać w opisanym powyżej przykładzie. Wielu spośród Polaków czyniło ze zdobytej wiedzy praktyczny użytek twórczo rozwijając wcześniej poznane teorie. Obok genialnego astronoma z Torunia Mikołaja Kopernika, wnikliwego krytyka stosunków wewnętrznych Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, poety i polityka Jana Dantyszka , po pisarzy i poetów Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, Marcina Kromera i wielu, wielu innych. Wśród nich był dzisiaj bezimienny twórca jednego z pierwszych na świecie napędzanego kołem wodnym wodociągu miejskiego we Fromborku. Trudno w naszej historii znaleźć bardziej kreatywne społeczeństwo jak XVI- wieczne. Otwartość, innowacyjność a przy tym niezwykła pracowitość przynosiła pożądane wyniki. Bogactwo państwa dawało mu siłę, siła z kolei umacniała jego międzynarodową rangę., ta z kolei czyniła je atrakcyjnym partnerem dla każdego.
Oceny rządów ostatnich Jagiellonów, zwłaszcza Zygmunta Starego bywają bardzo krytyczne. Nie podzielam tych opinii. Rządy Zygmunta i jego żony Bony Sforzy zasługują na szczególną atencję. Jego mądra polityka wobec sąsiadów owocująca uznaniem przez ostatniego mistrza krzyżackiego Albrechta zwierzchnictwa Polski , przerwaniem sojuszu austriacko-moskiewskiego na zjeździe w Wiedniu w 1515 r., umocnieniem granic litewsko-rosyjskich, zapewniła Polsce kilkadziesiąt lat względnego spokoju i umożliwiła skoncentrowanie się na sprawach wewnętrznych. Wraz z przedsiębiorczą Boną, król Zygmunt umocnił pozycję tronu znacznie osłabioną po rządach Jana Olbrachta i Aleksandra. Domena królewska, będąca wcześniej przedmiotem bezrozumnego rozdawnictwa, od XVI w. stała się nie tylko źródłem bogactwa króla ale i sposobem finansowania ważnych zadań publicznych takich jak obrona kraju. Od czasów Zygmunta Augusta Polska miała stałą zawodową armię, tzw. wojsko kwarciane , na utrzymanie którego szła czwarta część dochodów z królewszczyzn. Z bogactwa i praw w Polsce korzystali wszyscy jej mieszkańcy, a nawet wcale liczni zbiegowie z sąsiedzkich Niemiec, Czech, Niderlandów czy Szkocji. W ucieczce przed prześladowaniami religijnymi czy nędzą znajdowali schronienie i szansę na godne życie. Ucieczek z Polski do krajów europejskich nie odnotowano.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Geneza Polski


Odslona I
Geneza Polski

Polska wkroczyła na arenę dziejów nieoczekiwanie i dość tajemniczo. Piętrzących się wątpliwości nie są w stanie rozproszyć istniejące źródła pisane, a mówiąc wprost ich porażający brak. Nic dziwnego, że legendy o księciu Popielu, Piaście Kołodzieju i jego potomkach, zdają się być równie mitologiczne jak historia o królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu .
Co zaszło na terenie Wielkopolski na przełomie IX i X w.? Być może legendy Galla Anonima wcale nie były legendami tylko odpowiednio zmienionymi dla potrzeb bieżącej polityki elementami tradycji ustnej, która miała złagodzić faktyczny wymiar wydarzeń z IX i X w.- krwawej walki o władzę, którą wygrali Polanie. Dlatego przyjęcie tezy o gwałtownym, wręcz rewolucyjnym powstaniu państwa polskiego w drodze podboju i zniszczenia starszych ośrodków plemiennych wydaje się w pełni uprawnione.
Powszechnie się uważa, że dla powstania państwa polskiego kluczowe znaczenie miało Gniezno. Najnowsze badania z użyciem metody dendrochronologicznej pokazały jednak, że gród gnieźnieński powstał dopiero ok. 940 r. Wcześniej istniał pogański ośrodek kultowy, który zapewne pełnił istotna rolę unifikującą, ale bez wątpienia nie był pierwotną domeną Polan. Badania prowadzone na terenie grodu w Gieczu oraz w Kaliszu pozwoliły przy użyciu nowej metody ustalić, że najstarsze części ich wałów grodowych pochodzą aż z lat 860-870.Oznacza to, że budowniczym państwa polskiego nie był Mieszko I i nawet nie jego ojciec Siemomysł, lecz dziad mieszkowy Lestek, a może nawet sam syn Piasta Siemowit. Czyżby, więc historia bajeczna stawała się historią prawdziwą? Przy takich założeniach pierwotną domeną Piastów był prawdopodobnie Giecz lub Kalisz. Obydwa grody, bowiem nie tylko nie zostały zniszczone w okresie ekspansji Polan, ale wręcz je rozbudowano. Badania archeologiczne pokazały jednocześnie niezwykłą prawidłowość. Oto po 940 r., następuje dynamiczna rozbudowa systemu grodowego na ziemi gnieźnieńskiej i w całej Wielkopolsce, co oznacza, że do tego momentu cały ten obszar musiał być przez Polan podbity. Potwierdzają to liczne zniszczenia i spalenia dawnych struktur osadniczych. Mamy, więc kolejny dowód na to, że budowa zrębów państwa gnieźnieńskiego nastąpiła zanim Mieszko objął władzę książęcą.
Dlaczego akurat Wielkopolska stała się kolebką Polski? Jej największym atutem, było centralne położenie z dala od potencjalnych zagrożeń militarnych..Jednocześnie archeolodzy i historycy zwracają uwagę na odnotowany na ziemi gnieźnieńskiej w tych latach niesłychany skok demograficzny i wyraźny postęp cywilizacyjny. Z kolei nieco późniejsze znaleziska, ale również z X w., szczególnie uzbrojenia, oraz miejsc pochówku, wskazują, iż proces modernizacji piastowskich sił zbrojnych dokonał się przy znacznym udziale Wikingów. Do jakiego stopnia drużyna księcia Polan opierała się na Wikingach , a tym bardziej czy to oni stworzyli państwo Polan tego jeszcze historycy i archeolodzy nie potrafią udowodnić w sposób przekonujący. Ta stara XIX-wieczna hipoteza, autorstwa Karola Szajnochy, znajduje współcześnie coraz więcej naśladowców, czyniąc kwestię pochodzenia pierwszego historycznego władcy Polski ciągle otwartą.
W kolejnej fazie podboju Polanie zajmują Kujawy, Mazowsze i podejmują ekspansję na ziemie Pomorza. Co spowodowało podjęcie tak wielkiego wysiłku inwestycyjnego w tak krótkim czasie i co przyspieszyło decyzję o przyjęciu przez Mieszka chrztu? Wytłumaczeniem może być jedynie śmiertelne zagrożenie z zewnątrz. Kogo więc mieli się obawiać Polanie? Historycy polscy zwracali przeważnie uwagę na Niemców. Tymczasem w latach 965-966 roku cesarstwo niemieckie nie było dla Mieszka realnym zagrożeniem, co więcej stosunki polsko-niemieckie do jego śmierci w 992 r. były poprawne. Prawdziwym zagrożeniem dla Mieszka i jego ojca był natomiast Związek Wielecki, którego ziemie leżały między Odrą a Łabą. Momentem przełomowym zaś zawarcie przez Wieletów sojuszu z Czechami., którzy po opanowaniu Śląska zbliżyli się niebezpiecznie do państwa gnieźnieńskiego. Fundamentalnym celem polityki Mieszka stała się chęć rozerwanie sojuszu wielecko-czeskiego i poprzez przyjęcie chrztu szukanie sojuszników w walce z pogańskimi Wieletami.
Gdzie przeprowadzono chrzest Mieszka tego z braku źródeł nie wiemy. Najnowsze badania archeologiczne dostarczają mocnych argumentów przesądzających o miejscu chrztu na ziemiach polskich. Ożywienie dyskusji nastąpiło po opublikowaniu sensacyjnych wyników badań zespołu prof. Klementyny Żurowskiej. W czerwcu 1988 r. w trakcie prac na Ostrowie Lednickim, dokonano doniosłego odkrycia w południowej partii budowli centralnej. Archeolodzy odsłonili zagłębienie, które nazwali basenem chrzcielnym. Budowla centralna pochodzi z II polowy X w. i należy ją uznać za siedzibę biskupa. Konkluzja ta wywraca naszą dotychczasową wiedzę. Pierwsze biskupstwo powstało w Poznaniu lub Gnieźnie w 968 r. Kto zatem rezydował na Ostrowie Lednickim? Biskup Jordan? Dało to podstawy do wysunięcia przypuszczenia, że właśnie tam odbył się w kwietniu 966 r. chrzest Mieszka . W przypadku tych konkretnych znalezisk nie możemy niestety odwołać się do perfekcyjnej metody dendrochronologicznej. Podstawą chronologii pozostaje ceramika. Metodę badania drewna użyto do zbadania przyczółków mostów lednickich, gdzie ustalono, że zbudowano je z drzew ściętych w latach 963-964 oraz części korpusu wałów grodowych (tu datowanie pokazało lata 974-977).Trudno sobie wyobrazić, że kompleks biskupi wzniesiono bez wzmocnienia wałów grodowych. Tak wyraźny dotąd obraz znów staje się nie ostry. W 2000 r. zespół dr Michała Kary podjął ponowne badania na Ostrowie Lednickim, tym razem wolno stojącego jednonawowego kościoła. Okazało się, że kościół był drewniany, otynkowany, posadowiony na murowanym fundamencie. Użycie metody dendrochronologicznej pokazało, że jest to najstarsza świątynia chrześcijańska w państwie Mieszka. Czyżby historycy dostali kolejny argument przesądzający o lokalizacji ceremonii chrztu Mieszka na Ostrowie Lednickim ?
Odmiennego zdania są prof. Kurnatowska i prof. Hanna Kóčka-Krenz. Opierając się na wynikach badań tej ostatniej prowadzonych w części fundamentowej katedry poznańskiej wskazują na obecność podobnego zespołu sakralno-pałacowego, co lednicki na Ostrowie Tumskim w Poznaniu. Wzniesienie kompleksu pałacowego w grodzie, który również przeszedł w połowie X w. gruntowną przebudowę, miało nastąpić w związku z decyzją Mieszka po przyjęciu chrztu lub w związku z zamiarem jego przyjęcia. Sam chrzest mógł się odbyć w baptysterium, które po raz pierwszy za basen chrzcielny uznano w 1962 r.. Mimo że już dawno badacze odrzucili tę hipotezę uznając basen chrzcielny za mieszadło do zaprawy wapiennej, w ostatnich latach hipoteza powróciła, wsparta nowymi odkryciami w Poznaniu. Część naukowców konsekwentnie odrzuca ta hipotezę. Co ciekawe spór : czy chrzest Mieszka się odbył na Ostrowie Lednickim czy w Poznaniu wiodą wyłącznie archeolodzy. Historycy nader sceptyczni w tej kwestii bardziej skłaniają się do opinii, że chrzest odbył się w Gnieźnie ( Labuda, Trawkowski). Bez względu na wynik tego pasjonującego sporu o genezę chrztu i powstania państwa polskiego należy się zgodzić z opinią że przy braku źródeł pisanych tylko archeologia jest w stanie dostarczyć nowych faktów. Historycy zaś muszą z szerokiego kontekstu wydarzeń wnioskować, które spośród nich są bardziej lub mniej prawdopodobne. Tajemnica genezy Polski i chrztu Mieszka I ciągle czeka na swoje ostateczne wyjaśnienie