środa, 10 listopada 2010

Dwa dni z życia Józefa Piłsudskiego



O 11 listopada 1918 r. pozornie wiemy już wszystko. Ówczesne wydarzenia stają się dla nas tak znane, że stają się niebudzącą wątpliwości podręcznikową mantrą. Ale czy rzeczywiście wszystko jest takie oczywiste? Czy wydarzenia 10 i 11 listopada dają podstawy do okrzyknięcia tego dnia, dniem szczególnym, najważniejszym dla narodu – Dniem Niepodległości? Czy też może, jak uważają niektórzy historycy jest to umowna, symboliczna data wieńcząca proces wybijania się na niepodległość Polski, wyznaczony szeregiem innych działań? I na koniec, jaką w tych dniach rolę odegrał Józef Piłsudski?
10 listopada około 7 rano wjechał na Dworzec Wiedeński w Warszawie dziwny pociąg z Berlina. Z jedynego wagonu wysiadł 51 letni mężczyzna w szarym, zniszczonym mundurze legionowym bez dystynkcji. Kim był wówczas brygadier Józef Piłsudski? Nade wszystko polskim patriotą, który nigdy nie przestał marzyć o niepodległości swego narodu. Zręcznym graczem politycznym potrafiącym podjąć współpracę nawet z zaborcami. Ukochanym dowódcą, który w opinii podwładnych wszystko wiedział lepiej i widział dalej. Mężem opatrznościowym wyczekiwanym prawie przez wszystkie siły polityczne. Dla części opinii publicznej był jednak radykałem kojarzonym z zamachami bombowymi. Przyjeżdżał do ciągle zniewolonego kraju po prawie półtorarocznej niewoli z najważniejszą misją swego życia.
Piłsudskiemu drogę powrotu do kraju otworzył upadek cesarstwa niemieckiego. Dla Niemców Piłsudski, zdeklarowany rusofob, był gwarantem powstrzymania rewolucji bolszewickiej jak również spacyfikowania nastrojów antyniemieckich wśród Polaków. Inicjatorzy zwolnienia Piłsudskiego z Magdeburga, hr. Harry Kessler i Konrad von Romberg (pomysłodawca wysłania Lenina ze Szwajcarii do Rosji w 1917 r.) nie przewidzieli tylko, że nastroje rewolucyjne tak szybko dopadną garnizon niemiecki w Warszawie. Akcje Piłsudskiego rosły z każdą godziną, o czym poza nim nie wiele osób zdawało sobie sprawę. Wracał wszak z już ogarniętego rewolucją Berlina. Na własne oczy widział jak żołnierze zrywali oficerom epolety, co w karnej armii niemieckiej oznaczało bunt. Był to atut, który mógł zapracować na korzyść sprawy polskiej.
Na Dworcu Wiedeńskim zjawiła się nieliczna tylko grupa, która od Niemców dowiedziała się o przyjeździe Piłsudskiego i towarzyszącego mu Kazimierza Sosnkowskiego. Komendanta powitał w imieniu Polskiej Organizacji Wojskowej szef tej organizacji w Warszawie Adam Koc. Obok niego na dworcu brygadiera witali: członek Rady Regencyjnej książę Zdzisław Lubomirski, Aleksander Prystor i kilka innych osób. W drodze do wyjścia Piłsudski rozmawiał już tylko z Lubomirskim, a próby przerwania tej rozmowy przez Prystora zakończyły się niepowodzeniem. Piłsudski nie chciał, przynajmniej na razie, rozmawiać z przyjaciółmi, dlatego skorzystał z samochodu regenta i odjechał na ul. Wiejską 10 do Białego Pałacyku Lubomirskich w ogrodach Frascati.
Dla Piłsudskiego było oczywiste, że w porządek spraw politycznych powinien go wprowadzić ktoś, kto reprezentował nie tylko formalną władzę ale również był w stałym kontakcie z władzami niemieckimi. W trakcie godzinnej herbatki, regent zapoznał swojego gościa z sytuacją w Warszawie. Piłsudski zrazu, jak wspomina książę, chciał wyjeżdżać do Lublina, gdzie powstał rząd Ignacego Daszyńskiego, ale były to raczej demonstracje nastroju niż faktyczne plany. W gruncie rzeczy Piłsudski nie chciał się uzależniać ani od Rady Regencyjnej, która pochodziła z nadania obcego, ani od rządu lubelskiego, który był jednostronny politycznie i powstał bez jego inicjatywy. Nie zamierzał również, przynajmniej na razie, spotykać się z władzami niemieckimi.
Koc przygotował tymczasową kwaterę dla Piłsudskiego w pokojach pensjonatu sióstr Romanówien, przy ul. Moniuszki 2. Jak wspomina brygadier „…cały czas drzwi się nie zamykały, wbiegali najrozmaitsi ludzie, przychodziły różne delegacje z mowami”. Rozmowy były konieczne, wszak Piłsudskiego nie było kilkanaście miesięcy. Jak oceniał sytuację? Niewątpliwie zdawał sobie sprawę z powierzchowności nastrojów rewolucyjnych. Na prośbę jednej z delegacji o kontynuowanie tradycji Organizacji Bojowej PPS Piłsudski odpowiedział: ”Nie mogę przyjąć znaku jednej partii, mam obowiązek działać w imieniu całego narodu.” Nowej taktyki Piłsudskiego, który o sobie będzie odtąd mawiał, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „Niepodległość”, niestety wielu jego przyjaciół nie rozumiało. Myśleli w kategoriach bardziej doraźnych - brać władzę.
Ostrożność nakazywała również niejasna sytuacja w garnizonie niemieckim. Prawdopodobnie około godz. 11 tego dnia odbyła się jedna z najbardziej tajemniczych rozmów Piłsudskiego z por. armii niemieckiej i członkiem POW Józefem Jęczkowiakiem. Piłsudski ustalił ze swoim rozmówcą rozpoczęcie akcji rozbrajania Niemców przez Polaków służących w armii cesarskiej na godz.14. Jęczkowiak, który miał do dyspozycji 200 Polaków w niemieckich mundurach wykonał zadanie ponad plan. Oblicza się, że około 5000 żołnierzy niemieckich polskiego pochodzenia założyło biało-czerwone opaski. Historiografia niemiecka, zwłaszcza hitlerowska, uznała to za cios w plecy zadany armii niemieckiej na wschodzie. Czy rzeczywiście działania Jęczkowiaka miały tak istotne znaczenie? Czy możemy mówić o realizacji pewnego z góry założonego przez Piłsudskiego planu? Znawca dziejów POW prof. Tomasz Nałęcz jest przekonany, że plan faktycznie istniał. Z kolei prof. prof. Andrzej Garlicki i Włodzimierz Suleja są znacznie bardziej sceptyczni, podobnie prof. Wacław Jędrzejewicz. Pewne wątpliwości rozwiewa sam Piłsudski opisując w lutym 1924 r. rozmowę z jednym z polskim historyków:, „Jeśli Pan sądzi, że ja wtedy wiedziałem, co należy przedsięwziąć to Pan się myli. I ja też nie wiedziałem, ale byłem na tyle mądrym, że z tej nieświadomości mojej przed nikim się nie zdradziłem.”. Ocena planu Piłsudskiego i rzeczywistej roli por. Jęczkowiaka ciągle jest otwarta.
Piłsudski zdawał sobie sprawę, że kluczem do oswobodzenia Warszawy nie będzie akcja polskich patriotów w niemieckich mundurach, formalnie podległej Radzie Regencyjnej Polskiej Siły Zbrojnej czy POW. Garnizon niemiecki był silny, do tego trzymał się mocno, poza tym zawsze mógł liczyć na wsparcie potężnego zgrupowanie wojsk niemieckich na wschodzie ( tzw. wojsk Ober-Ostu). Z Niemcami trzeba było więc podjąć dialog. Tylko, z którymi: ze słabnącym w oczach generalnym gubernatorem Hansem von Beslerem, jego szefem sztabu, zdeterminowanym płk. Nethem, czy może przedstawicielami rad żołnierskich?
Około godz.14.00 Piłsudski spotkał się z drugim z regentów, arcybiskupem Aleksandrem Kakowskim. Ciekawe, że Piłsudski spotykał się z każdym z regentów osobno. Rozmowa z Radą Regencyjną „in corpore”, której wynik był nieprzewidywalny, mogła znacznie skomplikować sytuację i związać mu ręce zobowiązaniami, których podejmować nie chciał. W przeciwieństwie do dość sceptycznego Lubomirskiego, drugi z regentów widział w Piłsudskim męża opatrznościowego. Zdając sobie sprawę z niepopularności rady godził się nie tylko na przekazanie władzy Piłsudskiemu, ale nawet ciepło wypowiadał się o rządzie lubelskim. Niewykluczone, że to właśnie ta wizyta podobnie jak o kilka godzin późniejsze spotkanie z trzecim regentem, chorym Józefem Ostrowskim, przekonały Piłsudskiego do rezygnacji z wyjazdu do Lublina.
Nieco po 3 popołudniu Piłsudski pojechał na Pragę na ul. Mińską, gdzie mieszkała jego ukochana Aleksandra Szczerbińska. W momencie aresztowania Piłsudskiego w lipcu 1917 r. Aleksandra spodziewała się dziecka. Tym boleśniejsza była dla Piłsudskiego niewola. U 36-letniej Aleksandry, przy ówczesnym stanie medycyny połóg mógł oznaczać poważne komplikacje. Mimo podejmowanych wielu prób, władze nie zezwoliły na obecność Piłsudskiego przy rozwiązaniu. Na szczęście dla rodziców poród przebiegł bez problemów i 7 lutego 1918 r. przyszła na świat córka Wanda. Po wielomiesięcznej rozłące nareszcie byli razem. Piłsudski, zwykle stanowczy i skryty, przeżywał chwile prawdziwego szczęścia. Ta krótka wizyta bez wątpienia wzmocniła go i pozwoliła tym energiczniej działać w następnych godzinach.
Po powrocie na ul. Moniuszki Piłsudski przyjął Mariana Malinowskiego i Wacława Sieroszewskiego, przedstawicieli rządu lubelskiego. Spotkanie wbrew przypuszczeniom nie było udane. Piłsudski był niezadowolony z rozwoju wypadków w Lublinie. Działania związane z powstaniem rządu Daszyńskiego uważał za przedwczesne. Koncepcję przeprowadzenia zamachu stanu celem obalenia siłą Rady Regencyjnej uznał za nieodpowiedzialną. Ostrożność Piłsudskiego brała się z ciągle niejasnej sytuacji wewnątrz garnizonu niemieckiego. W południe w Alejach Jerozolimskich doszło do pierwszej strzelaniny między Niemcami a żołnierzami Polskiej Siły Zbrojnej i bojowcami z POW. Wczesnym popołudniem odczytano przed frontem wszystkich kompanii niemieckich rozkaz Hindenburga nakazujący wybór mężów zaufania we wszystkich jednostkach garnizonu niemieckiego, domagano się jednocześnie zachowania dyscypliny i porządku. Próba skanalizowania rewolucyjnych nastrojów podjęta jednak została zbyt późno i nie powiodła się. Samorzutnie powstawały rady żołnierskie. Aktywiści por. Jęczkowiaka dwoili się i troili. Z godziny na godzinę znikały posterunki wojsk okupacyjnych. Po raz pierwszy zaprzestano rekwirowania żywności. Około godz. 18 w Pałacu Namiestnikowskim, siedzibie generalnego gubernatorstwa, ukonstytuowała się Centralna Rada Żołnierska (CRŻ) garnizonu warszawskiego. Potrzeba zdobycia aktualnych informacji z CRŻ stawała się paląca. Ocenę taką zaprezentował Piłsudskiemu, około godz. 19, ppor. Władysław Marcinkowski, członek POW a zarazem CRŻ. Marcinkowski przekazał Piłsudskiemu najważniejszą wiadomość- treść uchwały CRŻ wykluczającej podjęcie walki o utrzymanie Warszawy. Podporucznik uzyskał również aprobatę Piłsudskiego dla rozpoczęcia ewentualnych rozmów z delegacją CRŻ. Jedyna poważna siła, z którą brygadier się liczył - armia niemiecka – niejako na jego oczach rozpadała się. Brygadier nie miał już wątpliwości, kto powinien być jego rozmówcą ze strony niemieckiej.
Czy jednak na pewno niebezpieczeństwo rozlewu krwi zostało zażegnane? W mieście słychać było przecież nieustanne strzały? Stąd zapewne wziął się zamysł przekonania POW do rezygnacji z walki zbrojnej i pokojowego przejęcia władzy w mieście. W nieistniejącej już kamienicy przy ul. Szpitalnej 1, Piłsudski spotkał się po raz pierwszy w szerszym gronie z liderami lewicy niepodległościowej. Czekali na swojego przywódcę z nadzieją, że wskaże im drogę postępowania na najbliższe dni. O prawdziwej dyskusji raczej mowy być nie mogło. Piłsudski wygłosił tylko krótkie przemówienie, w którym scharakteryzował podniosłość chwili i zażądał bezwzględnego posłuszeństwa w zamian za udział we władzy. Na koniec ostrzegł zgromadzonych słowami:”…Cóż, proszę Panów ja wam władzę dam. Was niesie na swoich skrzydłach wiatr, który dziś polatuje nad całą Europą. Ale ja Panów ostrzegam. (…) Jeżeli wy nie wykorzystacie tego czasu, kiedy będziecie mieli władzę w ręku, na to, by się zorganizować, aby z piasku stać się realną siłą, to ja was, z błota za uszy wyciągać nie będę…” Piłsudski jak to miał w zwyczaju świadomie był nie jednoznaczny, wczuwał się w nastrój chwili a jednocześnie szedł przeciwko niemu. Atmosfera musiała być gorąca a temperaturę spotkania dodatkowo podgrzewały dostarczane na bieżąco informacje z miasta.
Po powrocie na kwaterę Piłsudski, zmęczony trudami dnia, położył się spać, lecz nie dane mu było długo wypoczywać. Około 23 przybyła zapowiedziana przez ppor. Marcinkowskiego delegacja CRŻ. Delegaci stwierdzili, że są gotowi poddać się wszystkim zarządzeniom Piłsudskiego, byleby im zagwarantował życie i swobodny odjazd do ojczyzny. Piłsudski zażądał oddania całej broni, wszystkich lokomotyw i wagonów oraz środków łączności. Rozmowy się przeciągały i strony jedynie uzgodniły, że będą je kontynuować w siedzibie rady od rana dnia następnego. O północy 10 listopada 1918 r. Piłsudski wiedział, że to Warszawa stawała się centrum walki o suwerenność Polski.
Punktualnie o godz.8.00 11 listopada w poniedziałek Piłsudski w towarzystwie świetnie władającego językiem niemieckim por. Ignacego Boernera wszedł na spotkanie z niemiecką CRŻ. Brygadier nie szczędził słów krytyki dla władz niemieckich, uznał radę za pełnoprawne przedstawicielstwo garnizonu warszawskiego i ponownie zagwarantował bezpieczną ewakuację do Niemiec. Zaapelował przy tym, aby żołnierze niemieccy nie sprzedawali broni mętom społecznym i nie prowokowali Polaków. Z treści wystąpienia widać wyraźnie, że Piłsudski obawiał się zbrojnych ekscesów ze strony polskiej, co przy ogromnej dysproporcji sił na korzyść Niemców mogło się szybko przerodzić w krwawą jatkę. Dlatego po zakończeniu spotkania przemówił do zebranych na ulicy Warszawiaków oświadczając, że w imieniu narodu polskiego wziął radę żołnierską pod swoją opiekę. Deklaracja Piłsudskiego i zaangażowanie własnego autorytetu, przy powszechnej na ziemiach polskich nienawiści do niemieckiego okupanta była ryzykowna. Atmosfera była jednak na tyle gorąca, że nakazem chwili było tonowanie nastrojów niż ich podgrzewanie. Rozbrajanie Niemców nie natrafiało co prawda na wyraźniejsze przeszkody, żołnierze niemieccy w wielu miejscach nawet pomagali Polakom w opanowaniu ważnych punktów strategicznych, a większość oficerów, zwłaszcza wyższych w popłochu wyjeżdżała z Warszawy. Nie wszystkie jednostki niemieckie były jednak zdemoralizowane.
Dlatego tak ważną kwestią stawała się sprawa tworzenia polskiej armii. Jeszcze tego samego dnia zapadła decyzja o połączeniu Polskiej Siły Zbrojnej z Polska Organizacją Wojskową. Powstawało Wojsko Polskie. Do tych działań potrzebował jednak Piłsudski oficjalnych pełnomocnictw. A te mogła mu dać formalnie ciągle rządząca Rada Regencyjna. Do oficjalnego przekazania władzy wojskowej Piłsudskiemu doszło w mieszkaniu chorego regenta Józefa Ostrowskiego około godz. 17. W trakcie dłuższej konferencji członkowie Rady Regencyjnej zaproponowali Piłsudskiemu członkostwo w swoim gronie. Na kategoryczną odmowę ze strony Komendanta, rada przekazała Piłsudskiemu władzę wojskową, jednocześnie zobowiązując go do podporządkowania się Rządowi Narodowemu, w którego ręce zamierzała złożyć pełnię władzy. Jednocześnie regenci powierzyli Piłsudskiemu misję tworzenia tego rządu. Ponieważ Piłsudski nie chciał być mandatariuszem rady, w autorytet, której nie wierzył, choć ją uznawał, wydał stosowne oświadczenie, w którym stwierdził, że Rada Regencyjna zwróciła się do niego z prośbą o podjęcie się utworzenia Rządu Narodowego, w którego ręce gotowa jest złożyć swą władzę. W tym celu postanowił porozumieć się z Tymczasowym Rządem Ludowym Republiki Polskiej w Lublinie i przedstawicielami stronnictw celem poznania ich zapatrywań na tę sprawę. Sytuacja, w jakiej się znalazł Piłsudski była niezwykle delikatna. Z jednej strony Rada Regencyjna, symbol władzy narzuconej przez okupanta niemieckiego, z drugiej rząd ludowy, jednostronny politycznie. Do spotkania z premierem Daszyńskim i ministrem spraw wojskowych płk Edwardem Śmigłym-Rydzem doszło w kwaterze Piłsudskiego na ul. Moniuszki około 22. Brygadier zapoznał przybyłych z decyzją Rady Regencyjnej o przekazaniu mu władzy wojskowej i powierzeniu misji utworzenia rządu. W skutek perswazji Piłsudskiego Daszyński podał się do dymisji, choć nie bez pewnego oporu. Paradoksalnie niezwłocznie po złożeniu dymisji, Piłsudski powierzył właśnie Daszyńskiemu misję tworzenia nowego gabinetu. Nie tylko więc Rada Regencyjna ale i rząd Daszyńskiego uznały autorytet i pozycję Piłsudskiego, a stąd już tylko krok do oddania mu pełni władzy. Dlatego formalna zapowiedź przekazania Piłsudskiemu władzy cywilnej przesądza w moim przekonaniu spór dotyczący rangi dnia 11 listopada. Wszystkie decyzje, jakie zapadły po tej dacie były oczywistą konsekwencją narad z Rada Regencyjną i premierem Daszyńskim. I gdy dobiegał końca listopadowy poniedziałek na budynkach i gmachach Warszawy dumnie powiewały biało-czerwone flagi a na ul. Moniuszki zapadały decyzje suwerennych polskich władz. Zaczynała się wolna Rzeczpospolita.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz