poniedziałek, 23 lutego 2015

Ida oscarowa

W Polsce "Idę" obejrzało ledwie 100 tys. osób, dla przykładu we Francji 600.000, choć jest to film bardzo polski w warstwie obyczajowo- historycznej.Dyskusja jaka się toczy wokół filmu , a za sprawą Oscara zapewne przybierze na sile zostanie tradycyjnie zdominowana przez bardzo schematyczną, rzekłbym prostacką narrację.Z jednej strony entuzjaści otwartości zakrzykną,że film demaskatorski, rozliczeniowy zwłaszcza w kontekście stalinowskim i zagłady polskich Żydów, zwolennicy teorii spiskowych zaczną( zaczęli) doszukiwać się antypolskich kontekstów. Tymczasem film nie jest ani jednym ani drugim, to film o naturalnej lecz nie zawsze ujawnianej ( zwłaszcza nie w demokracjach) potrzebie poszukiwania własnej, osobistej, rzekłbym prywatnej tożsamości, przynależności ( etnicznej, religijnej, obyczajowej). Zawsze marzyłem o czasach, w których każdy człowiek tu żyjący, w sposób swobodny i niczym nie skrępowany będzie mógł o sobie powiedzieć, tak jestem Żydem, Ukraińcem,Niemcem, Polakiem, ewangelikiem, katolikiem, agnostykiem, muzułmaninem. Jak to trudne widać na tle wojny w Donbasie, gdzie po obu stronach konfliktu nie ma mowy o takiej swobodzie deklaracji. W tym kontekście jakże wielką zdobyczą, o czym nierzadko zapominamy, jawi się nasza, pewnie nie doskonała, ale jednak nieco okrzepła polska demokracja.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Szczecinianin, który wywalczył Polsce niepodległość

Józef Jęczkowiak – szczecinianin, który wywalczył Polsce niepodległość Wielkie wydarzenia zaczynają się często niepozornie. Oto 1 listopada 1918 r. w warszawskim Teatrze Wielkim odbywało się przedstawienie opery „Carmen” Georgea Bizeta. W pewnym momencie spektakl został przerwany, a jeden z artystów Wacław Brzeziński odczytał telegram donoszący o wyzwoleniu z rąk zaborców Krakowa. Następnego dnia „Kurier Warszawski” odnotował „Publiczność przyjęła tę wiadomość gorąco i żądała wykonania hymnów narodowych, wśród ogólnego entuzjazmu orkiestra odegrała dwukrotnie Jeszcze Polska nie zginęła i Boże coś Polskę.” Nie wiemy czy na widowni był wówczas Józef Jęczkowiak. Na pewno był wówczas w Warszawie, ale potwierdzających informacji nie mamy, podobnie jak wielu innych. Próżno bowiem szukać w sążnistych opracowaniach poświęconych wydarzeniom z listopada 1918 r. informacji o Józefie Jęczkowiaku. Poza lakoniczną i tajemniczą wzmianką w „Kronice życia Józefa Piłsudskiego” Wacława Jędrzejewicza, czy nie co wnikliwszą i pełniejszą informacją w monografii Piotra Łossowskiego ( „Zerwane pęta”,1986,s.94-97) nie mamy wielu informacji o tym kompletnie zapomnianym bohaterze walki o niepodległą Polskę ( najpełniejszą notę biograficzną o Jęczkowiaku napisała Małgorzata Sokołowska w „Roczniku Gdyńskim” nr 24 , s.61-67). Nie wiemy co spowodowało ten stan rzeczy bowiem działania jakie podjął Jęczkowiak w dniach 10-11 listopada 1918 r. są nie tylko trudne do przecenienia ale z punktu widzenia ówczesnych planów politycznych Józefa Piłsudskiego jawią się jako przesądzające o pozostaniu w dniu 10 listopada 1918 r. w Warszawie a tym samym rezygnacji z wyjazdu do Lublina, gdzie kilka dni wcześniej powstał Rząd Tymczasowy na czele z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Decyzja Piłsudskiego miała też swoje polityczne następstwa, bowiem to właśnie on, pozostając w Warszawie, stał się głównym dysponentem przejmowania władzy z rąk niemieckich i rady Regencyjnej. Rezultatem działań jakie podjął Jęczkowiak za zgodą Piłsudskiego było doprowadzenie do kompletnego zdemoralizowania potężnego garnizonu niemieckiego w Warszawie, utworzenia w nocy z 10 na 11 listopada 1918 r. Soldatenratu ( Rady Żołnierskiej) garnizonu niemieckiego i rozpoczęcie rozmów z Piłsudskim jako reprezentantem strony polskiej ( mimo braku jakiegokolwiek formalnego pełnomocnictwa np. ze strony Rady Regencyjnej czy Rządu Lubelskiego). Bezpośrednim efektem tych działań było powierzenie Piłsudskiemu przez Radę Regencyjną władzy wojskowej w dniu 11 listopada 1918 r. a po kilku dniach przekazanie mu pełni władzy jaką Rada Regencyjna dysponowała. Widać więc wyraźnie, że w niedzielę 10 listopada popołudniu, doszło w Warszawie do zasadniczego przesilenia, które wcześniejsze plany Piłsudskiego gruntownie zweryfikowały. Ta nowa sytuacja to w pierwszej kolejności efekt operacji Józefa Jęczkowiaka, przygotowywanej od początku listopada i brawurowo zrealizowanej w ciągu zaledwie kilku godzin 10 listopada 1918 r. Dynamika zdarzeń listopadowych 1918 r. była jednak tak duża, że już wkrótce działania Jęczkowiak zostały zdominowane przez nowe, równie spektakularne a tym samym szybko zapomniane a on sam stał się jednym z tysięcy bezimiennych uczestników tamtych wydarzeń. Kim zatem był człowiek, od którego poczynań tak wiele zależało. Co spowodowało, że to jemu powierzono realizację „niewykonalnej misji” spacyfikowania potężnego niemieckiego garnizonu . W świetle roli jaką odegrał Jęczkowiak w wydarzeniach związanych z odzyskiwaniem niepodległości równie interesujące wydają się być późniejsze losy naszego bohatera, zarówno te z lat międzywojennych, okresy II wojny światowej i czasów powojennych. Józef Jęczkowiak urodził się 31 stycznia 1898 r. w Poznaniu. Wychowywał się w patriotycznej rodzinie poznańskiego rzemieślnika, choć na jego wychowanie szczególny wpływ miała matka, gdyż w wieku 6 lat stracił ojca. Jako piętnastolatek wstąpił do skautingu, jak ówcześnie nazywano harcerstwo i zaledwie kilka miesięcy później 20 lipca 1913 r. został aresztowany za udział w polskiej manifestacji patriotycznej pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Skazano go na miesiąc więzienia i relegowano ze szkoły ( poznańskie Gimnazjum Marii Magdaleny). Naukę kontynuował prywatnie i nadal działał bardzo aktywnie w skautingu, także konspiracyjnie, po delegalizacji polskiego hufca skautowego „Piast”, którego był chorążym. Po wybuchu I wojny światowej, jako poddany Rzeszy został wcielony do armii niemieckiej. Służył jako rekrut w formacjach artylerii ciężkiej w Poznaniu. Po przeszkoleniu został wysłany ze swoim oddziałem na front zachodni do Francji. Na początku sierpnia 1918 r. zdezerterował i po kilkunastodniowej eskapadzie przedostał się do Wielkopolski ( za dezercję został zaocznie skazany na karę śmierci). Natychmiast włączył się w wir działalności Polskiej Organizacji Wojskowej zaboru pruskiego. Jej komendant Wincenty Wierzejewski w porozumieniu z szefem wydziału wywiadowczego Komendy Naczelnej POW Adamem Rudnickim powierzył Jęczkowiakowi misję stałego łącznika między dwiema organizacjami a jednocześnie prowadzenie działalności patriotycznej wśród żołnierzy-Polaków służących w armii niemieckiej. Nasz bohater pojawił się w Warszawie 1 listopada w mundurze niemieckim zaopatrzony w fałszywe dokumenty na nazwisko Karol Schroeder. W ciągu zaledwie kilku dni opracował plan operacji zmierzającej do totalnego zdemoralizowania garnizonu niemieckiego w Warszawie, do realizacji którego zamierzał wykorzystać Polaków służących w armii niemieckiej. Nic więc dziwnego, że po swoim powrocie z Magdeburga, jedną z pierwszych rozmów politycznych Józef Piłsudski odbył właśnie z Józefem Jęczkowiakiem, o której to Wacław Jędrzejewicz pisze, że było to jedno z najważniejszych i najbardziej tajemniczych spotkań Piłsudskiego. Polecającym był za pewne Adam Rudnicki, a być może komendant POW w Warszawie Adam Koc. Co ciekawe bodaj najpełniejsze sprawozdanie z tego spotkania opublikował Niemiec Walter Recke w czasopiśmie „Der Deutschen in Osten” (nr 9 z 1938 r.) nie licząc oczywiście niepublikowanych wspomnień Jęczkowiaka ( szczególnie Rozdział III Rewolucjonista- kopia w posiadaniu autora dzięki uprzejmości wnuka Józefa Jęczkowiaka pana Ludomira Niemca). Oddajmy zatem głos Reckowi „ W południe staje Jęczkowiak przed Piłsudskim, który żąda od niego sprawozdania z przygotowań przez niego wykonanych i podania czasu, kiedy będzie mógł rozpocząć akcję. Jęczkowiak wyraża gotowość o godzinie drugiej. Po krótkim namyśle zarządza Piłsudski, że najpóźniej o godz. 16 musi być wywołana rewolucja w garnizonie warszawskim.(…) W świetlicach zbierają się żołnierze- trzeba tam wzniecić rewolucję- zdzierać kokardy niemieckie z czapek- zakładać czerwone opaski –wyjść na ulice - rozbrajać oficerów i podoficerów- broń rzucać na ulice…”. Jęczkowiak w myśl otrzymanych od Piłsudskiego instrukcji skierował swoich ludzi ( około 20, każdy z nich miał pod swoją komendą kolejnych dziesięciu) do największych skupisk żołnierskich w Warszawie czyli Pałacu Staszica i Dolinie Szwajcarskiej. Sam osobiście udał się do Doliny Szwajcarskiej gdzie przedstawiwszy się jako żołnierz wracający z Berlina opowiadał o wybuchu rewolucji i ucieczce cesarza. Od tego momentu wydarzenia się potoczyły błyskawicznie, żołnierze zaczęli zrywać akselbanty oficerom, masowo zaczęto przypinać do mundurów czerwone kokardy. Bunt zaczął się rozprzestrzeniać na całe miasto. Wywołana przez Jęczkowiaka rewolucja padła na podatny grunt, choć nie obyło się bez ofiar zarówno po stronie niemieckiej jak i polskiej. Jak pisze Piotr Łossowski- postępujący ferment rewolucyjny wśród żołnierzy niemieckich, tworzenie się rad żołnierskich wytwarzało zupełnie nowa sytuację w Warszawie. Sytuację, którą Piłsudski potrafił po mistrzowsku wykorzystać, decydując pod wpływem zmian wywołanych działaniami Jęczkowiaka na pozostanie w Warszawie. Trudno zatem o lepszą rekomendację dokonań naszego bohatera i ich znaczenia dla wybicia się na niepodległość w dniach 10-11 listopada 1918 r. Po udanej misji w Warszawie Jęczkowiak został odesłany do Poznania, gdzie uczestniczył zarówno w przygotowaniach jak i działaniach Powstania Wielkopolskiego, walcząc w szeregach 1 kompanii 1 Pułku Strzelców Wielkopolskich. W marcu 1919 r. uczestniczył w szeregach tego pododdziału w odsieczy dla Lwowa. 26 października 1919 r. został mianowany podporucznikiem w korpusie żandarmerii polowej w Poznaniu. Służbę wojskową zakończył w listopadzie 1927 r. w stopniu kapitana. W tym samym czasie przeniósł się wraz z żoną Jadwigą z domu Dybizbańską do Gdyni, gdzie od samego początku niezwykle aktywnie włączył się w prace Zarządu Okręgu Morskiego Związku Oficerów Rezerwy RP co zaowocowało wyborem na wiceprezesa, a w 1933 r. aż do wybuchu wojny prezesa związku. W 1930 r. za pieniądze uzyskane w spadku po teściu, poznańskim jubilerze wybudował w Gdyni kamienicę czynszową przy ul. Świętojańskiej 65. W 1932 r. wybrany prezesem Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości. W 1935 r. został radnym miasta Gdynia. Należał do Bezpartyjnego Bloku Wspierania Rządu, a od 1937 r. Obozu Zjednoczenia Narodowego. Przed wybuchem wojny powołany do czynnej służby wojskowej i przydzielony jako szef żandarmerii do Grupy Operacyjnej „Wschód” gen Bołtucia z Armii Pomorze. 22 września 1939 r. zostaje ranny pod Warszawą , dostaje się do niewoli i trafia do Oflagu VII A Murnau w Bawarii. Z uwagi na ciążący na nim wyrok śmierci z 1918 r. w obozie jenieckim przebywał pod zmienionym nazwiskiem- Józef Korkowski. Tragizm losów wojennych nie ominął Jęczkowiaka. Stracił podczas wojny matkę, żonę, brata, a córki Wanda i Danuta trafiły do Niemiec na roboty. Po wyzwoleniu obozu przez armię amerykańską Jęczkowiak wstępuje w jej szeregi, gdzie służy przy sztabie VII Armii. Do kraju wraca w maju 1946 r. , gdzie podejmuje pracę w gdańskim oddziale Najwyższej Izby Kontroli, a od stycznia 1950 r. zostaje inspektorem kontroli wewnętrznej w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego „Baltona” w Gdyni. W tym czasie aktywne rozpracowanie wobec niego prowadził Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, co doprowadziło do jego zwolnienia z pracy w marcu 1952 r. Zaszczuty przez funkcjonariuszy UB wyjechał z Gdyni, utraciwszy wcześniej, w dziwnych, dotąd nie wyjaśnionych okolicznościach tytuł własności do kamienicy przy ul. Świętojańskiej. Zatrzymał się na kilka lat we wsi Budy Stare w domu rodzeństwa Kalota, którzy przysyłali mu paczki w czasach pobytu w niewoli niemieckiej. Po październiku 1956 r. na fali odwilży przyjeżdża do Szczecina, gdzie rozpoczął pracę w PHZ „Baltona” na ul. Gdańskiej jako kierownik tamtejszych magazynów. W swoich zachowanych życiorysach zawodowych z tego okresu ukrywał swoje dokonania z listopada 1918 r. koncentrując się na uczestnictwie w Powstaniu Wielkopolskim. W 1964 r. przeszedł na emeryturę a 21 stycznia 1966 r. w wieku 68 lat zmarł po krótkiej chorobie w jednym ze szczecińskich szpitali. Zgodnie z ostatnią wolą został pochowany na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni. Został odznaczony Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem za Wojnę 1918/1921, Medalem 10-lecia,Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym i Złotym Gryfem Pomorskim.

czwartek, 7 lutego 2013

Jeszcze o Jęczkowiaku

Dzięki uprzejmości pan Ludomira Niemca wnuka naszego bohatera zbiór dokumentów po Józefie Jęczkowiaku szefowi magazynów baltonowskich na ul.Gdańskiej w Szczecinie w latach 50-60 XX w. zaczyna nabierać fajnych kształtów.A historia nieznanego bohatera 10-11 Listopada 1918 r. zaczyna odsłaniać nie tylko rąbek ale i całą krasę.Powstanie na pewno artykuł a może i coś więcej.Najbardziej jednak ze względu na efekt popularyzatorski marzy mi się film dokumentalny.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

"Polacy mają konspirację we krwi"

„Polacy mają konspirację we krwi”- powiedział lord Henry Palmerston, premier Wielkiej Brytanii, na wieść o wybuchu powstania styczniowego. Opinia ta brzmiąca dzisiaj intrygująco, w XIX –wiecznych państwach europejskich, zbuntowanych i walczących o swoją narodową i społeczną podmiotowość nie była czymś niezwykłym. Polacy pozbawieni przez zaborców własnej państwowości podejmowali przez cały XIX w. próby jej odzyskania. Dla zachodnioeuropejskiej opinii publicznej, żywo dopingującej narodom walczącym o niepodległość, działania te spotykały się z powszechnym uznaniem i szacunkiem, a bohaterowie tych wydarzeń cieszyli się mirem zarezerwowanym dla narodowych bohaterów. Fale emigracji polskiej po wojnach napoleońskich, powstaniu listopadowym i Wiośnie Ludów natrafiały na przychylny grunt w Londynie i Paryżu, pozwalając na kontynuację działań niepodległościowych. Ta niecodzienna akceptacja społeczeństw zachodnich dla polskich dążeń narodowych swoje apogeum przybrała bezpośrednio po zakończeniu wojny krymskiej (1853-1856), gdy we Francji i Wielkiej Brytanii negatywna opinia o Rosji, jako kraju agresywnym, antydemokratycznym a przy tym ciemiężycielu narodów podbitych osiągnęła apogeum. Klęska Rosji w wojnie krymskiej oraz nieprzejednana krytyka europejskiej opinii publicznej zmusiła cara do zrewidowania dotychczasowego porządku w Królestwie Polskim i wprowadzenia wielu zmian przywracających utracone po powstaniu listopadowym uprawnienia autonomiczne. Skala tych zmian nie była wielka, ale wystarczyła do ponownego ożywienia polskich działań politycznych, zarówno tych uznających Rosję za hegemona, jak i tych konspiracyjnych przygotowujących naród do kolejnego zrywu niepodległościowego. Polacy ponownie w swoich dziejach stanęli przed dylematem: „Bić się czy nie bić?” W swoim znakomitym eseju pod takim właśnie tytułem Tomasz Łubieński pisał:” Można powiedzieć o polskich powstaniach, o powstaniu styczniowym najwyraźniej, że nie miały szans politycznych, ale skoro sprawa polska w ogóle szans nie miała, jedynym działaniem politycznym, właściwie próbą zwrócenia na siebie uwagi świata były powstania właśnie. Wyzwania takie nakładały się na swoistą walkę pokoleń- zbuntowanych „młodych” konspiratorów z obozem zachowawczym „starych” na czele z hrabią Aleksandrem Wielopolskim, od czerwca 1862 r. naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa Polskiego. Dosadnie określił to Stanisław Stomma pisząc, że powstanie styczniowe wywołały dzieci. Dlatego krytykuje decyzję wywołania powstania, zwłaszcza, że podjęła ją mało reprezentatywna-jego zdaniem- grupka konspiratorów. Należy zgodzić się z opiniami, które osądzają krytycznie rozpoczęcie walki w styczniu 1863 r. wbrew logice wyznaczonej dysproporcją sił pomiędzy powstańcami a armią rosyjską. Zarówno przed wybuchem powstania, jak i w trakcie jego trwania nigdy powstańcy nie mieli cienia szansy powodzenia. Ich wysiłek i heroizm był więc z góry skazany na klęskę, a w kontekście następstw powstania wydaje się wręcz szkodliwy dla sprawy narodowej. Czy więc powstanie w ogóle miało sens, czy cena, jaką przyszło Polakom zapłacić po jego zakończeniu nie była niewspółmiernie wielka wobec skali dokonań powstańców? Faktycznie, w aspekcie militarnym powstanie było zgoła marginalnym wobec działań regularnej armii polskiej w wojnie z Rosją lat 1830-1831 czy nawet oddziałów polskich w powstaniu wielkopolskim 1848 r. Powstanie styczniowe to wojna partyzancka bardziej przypominająca XIX-wieczne walki Hiszpanów, Irlandczyków czy Greków. W nocy z 22/23 stycznia 1863 r. do walki przystąpiło, według ustaleń prof. Stefana Kieniewicza, ledwie 7340 powstańców. W szczytowym momencie powstania w szeregach, jak mawiano wówczas „partii” powstańczych nie walczyło więcej niż 25 tysięcy osób. O skali dysproporcji sił niech świadczy tylko fakt, że wojska rosyjskie w styczniu 1863 r. dysponowały 100 tysięczną armią, a dodać należy, że siły rosyjskie systematycznie rosły w trakcie walk, co dawało przewagę jeszcze większa. Zatem skoro przewaga militarna była tak wielka, to jak wytłumaczyć, że walki powstańcze trwały tak długo? Jak to się stało, że nieliczni, słabo wyszkoleni i uzbrojeni w myśliwskie fuzje i kosy powstańcy tak długo wodzili po lasach potężną carska armię? Odpowiedź na tak postawione pytanie jest tylko pozornie trudna. Nigdy nie zrozumiemy sensu podjęcia walki, jak i przyczyn tak długiego oporu bez omówienia absolutnie unikatowej w dziejach nowożytnej Europy podziemnej struktury, założonej przez Polaków wiele miesięcy przed wybuchem powstania styczniowego i trwającej do ostatnich jego dni - „Tajemnego Państwa Polskiego”. Początków konspiracji należy się doszukiwać bezpośrednio po klęsce Rosji w wojnie krymskiej. W tym czasie wyodrębniły się dwa zasadnicze nurty polityczne: „białych” skupionych wokół tzw. Dyrekcji Narodowej oraz „czerwonych”, na czele z Organizacją Narodową. Ta pierwsza skupiała głównie ziemiaństwo i część inteligencji, do drugiej garnęły się głównie grupy radykalnej młodzieży robotniczej, studenci i uczniowie szkół średnich. Zrazu jawna działalność stała się po wprowadzeniu stanu wojennego w 1861 r. (skąd my to znamy?) konspiracyjną. 16 czerwca 1862 r. Organizacja Narodowa ogłosiła swój Statut, będący de facto pierwszą konstytucją „Tajemnego Państwa”. Określał on cele i zadania ruchu konspiracyjnego oraz strukturę i zakres kompetencji jego władzy naczelnej- Komitetu Centralnego Narodowego. Oryginał Statutu odnaleziony nie dawno w Lublinie świadczy o podjęciu na wiele miesięcy przed wybuchem powstania działań, zmierzających do stworzenie struktur państwa podziemnego. Komitet Centralny Narodowy, przekształcony w sierpniu 1862 r. w Tymczasowy Rząd Narodowy składał się z pięciu wydziałów ( odpowiedników naszych ministerstw): Interesów m. Warszawy, Interesów Prowincji, Stosunków Zagranicznych, Policji i Skarbu. Rząd konspiracyjny obejmował opiekę nie tylko nad Królestwem Polskim, ale również nad Litwą, Ukrainą oraz zaborami pruskim i austriackim. W kolejnych rządach, powstałych już po wybuchu powstania, obok Wydziału Spraw Zagranicznych działały wydziały Wojny, Skarbu, Prasy i Spraw Wewnętrznych. Zdaniem prof. Franciszki Ramotowskiej, autorki bodaj najważniejszej pracy o działalności „Tajemnego Państwa Polskiego”, było to nie tylko państwo de facto, ale również de iure, notyfikujące w swej odezwie z 22 stycznia 1863 r. opinii międzynarodowej fakt swego istnienia jako wyłącznego przedstawiciela narodu polskiego. Wielce pomocną w tworzeniu struktur „Tajemnego Państwa Polskiego” okazała się polska administracja cywilna powstała po reformach Wielopolskiego. Znamiennym jest, że w szeregach konspiracyjnej administracji służyło wielokrotnie więcej Polaków niż w oddziałach wojskowych. Zaskoczone rozwojem wypadków władze rosyjskie i sam naczelnik rządu Wielopolski nie zdawali sobie sprawy ze skali przygotowań, zasięgu i głębokości konspiracji. Tajne dokumenty rosyjskiej policji politycznej pełne są opisywanych sukcesów po aresztowaniach konspiratorów z każdorazową konkluzją, że wreszcie położono kres „polskiemu buntowi”. Tymczasem- jak pisze Norman Davis- powstańcy mieli nie tylko gotowy plan polityczny, ale również sprawną organizację finansową o szerokim zasięgu oraz profesjonalną kadrę aparatu podziemnego państwa. Porównując działania poprzedzające wybuch powstania i sam moment zainicjowania walk w powstaniu styczniowym i listopadowym, Davis sprzysiężenie Wysockiego z 1830 r. nazywa „spontaniczną amatorszczyzną”. Konspiracja polska w powstaniu styczniowym była tak profesjonalna i skuteczna, że do dziś nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto się kryje pod niektórymi pseudonimami. Jak na przykład „Adolf” czy „Astolf” dyrektorzy Wydziału Skarbu i Wojny w Rządzie Narodowym Bronisława Brzezińskiego powstałym po aresztowaniu Traugutta w kwietniu 1864 r. Przykładów można by zresztą mnożyć więcej. Również odczytanie niektórych zaszyfrowanych dokumentów natrafia dzisiaj na spore problemy, gdy nie znamy klucza przewrotnie opartego przez szyfrantów powstańczych na określonych wydaniach mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza". W tym sensie rola poszczególnych osób stojących na czele powstania, ustępowała sile całej konspiracyjnej organizacji państwa. Zdecydowana większość uczestników konspiracji nie znała przecież składu powstańczych rządów. Nie umniejszając talentów organizacyjnych Stefana Bobrowskiego (23 lata), Romualda Traugutta (37 lat) czy Zygmunta Padlewskiego (27 lat) o długotrwałości oporu władz powstańczych zdecydował niezwykły wprost autorytet, jakim cieszył się w polskim społeczeństwie Rząd Narodowy. W maju 1863 r., gdy Tymczasowy Rząd Narodowy przekształcił się w Rząd Narodowy wprowadzono, opracowaną nieco wcześniej przez Stefana Bobrowskiego, słynną pieczęć rządową z wizerunkiem Orła, Pogoni i Archanioła Michała (symbolami Korony, Litwy i Rusi) wpisanymi w tarczę z jagiellońską koroną zwieńczoną krzyżem i napisem „Rząd Narodowy Wolność Równość Niepodległość”. Krótkotrwały dyktator powstania, płk Marian Langiewicz pisał o niej: „ Dla mnie Rząd centralny istniał tylko jako pieczęć, a pieczątka jest nieśmiertelna, jej rozmnażanie się jest nieograniczonym”. Wtórował mu inny z wybitnych dowódców powstania płk Józef Hauke-Bossak: „Pieczątka- używanie jej jako środka legalizującego albo poświadczającego podpis- cały świat jeszcze nic praktyczniejszego nie wymyślił”. Pieczęć Rządu Narodowego -jak pisze rosyjski historyk Jurij Sztakelberg- stawała się nie tylko symbolem jego siły i władzy, dającej prawo wydawania rozkazów i zobowiązującego do ich wypełnienia, ale również symbolem reprezentacji narodu wobec wszystkich obcych narodów i państw. Nawet najważniejszy dokument bez pieczęci stawał się bezwartościową kartą papieru. I odwrotnie dokumenty z pieczęcią powstańczą respektowano z całą powagą i niezwykłą wprost dla Polaków sumiennością, nie wyłączając udzielania rządowi pożyczek czy płacenia podatków. Dzięki powstańczym pieczęciom perfekcyjnie działała konspiracyjna poczta, w której szeregach służyły przeważnie kobiety. Kurierki i kurierzy penetrowali najodleglejsze zakątki carskiego imperium docierając nawet na daleką Syberię. Emisariusze powstańczy zabiegali o poparcie rządów zachodnich a Władysław Czartoryski, przedstawiciel Rządu Narodowego przy stolicach państw zachodnich, choć oficjalnie nie uznawany przez Londyn czy Paryż miał bliski kontakt z Napoleonem III, któremu składał regularne sprawozdania z sytuacji w Polsce, naturalnie opatrzone oficjalnymi pieczęciami rządu. To dzięki pismom urzędowym z okrągłą pieczęcią powstańczą szły w teren rozkazy, nominacje wojskowe, mianowania cywilnych naczelników powiatów i województw. Do centrali docierały z kolei raporty o ruchach wojsk rosyjskich i przegrupowaniach oddziałów powstańczych. Konspiracja była tak powszechna i głęboka, że władze powstańcze znały nawet kierunki działania rosyjskiej policji politycznej. Dzięki zakonspirowanym pracownikom Banku Królestwa Polskiego w Warszawie udało się władzom cywilnym przejąć cały zapas zgromadzonych w skarbcu środków finansowych w tym 3,6 mln złotych polskich, 500 tys. rubli i wiele listów zastawnych. Dzięki tym środkom zakupiono znaczne zapasy uzbrojenia, przede wszystkim, uchodzące za najlepsze wówczas na świecie sztucery belgijskie, znacznie przewyższające skutecznością i zasięgiem broń strzelecką armii rosyjskiej. Zakres działania władz cywilnych „Tajemnego Państwa Polskiego” był tak szeroki, że nie sposób wymienić wszystkich jego dziedzin. Dodajmy perfekcyjnie zorganizowane sądownictwo powstańcze, oddziały policji i tzw. „ sztyletników”- wykonawców wyroków śmierci na zdrajcach i okupantach. Funkcjonowały specjalne agendy zajmujące się świadczeniem pomocy dla poszkodowanych w walkach powstańców. Stworzono sprawnie działającą powstańczą służbę zdrowia. Potwierdzeniem skali organizacyjnej powstania, szczególnie działań jego cywilnych władz są znakomicie zachowane dokumenty z tzw. Archiwum gen. Anuczina urzędnika do specjalnych poruczeń w sztabie namiestnika gen. Teodora Berga przechowywane w Archiwum Głównym Federacji Rosyjskiej. Odręczne zapiski na temat władz terenowych i wojsk powstańczych pokazują Rosjan nie tylko jako zaangażowanych w zwalczanie powstania, ale również będących pod wielkim wrażeniem skali poczynań Polaków. Nic dziwnego, że po zakończeniu powstania Rosjanie postanowili zniszczyć nie tylko struktury konspiracyjne, ale również wprowadzić zbiorową odpowiedzialność Polaków za popieranie buntu. Niewyobrażalne represje spadły na ziemie polskie, litewskie i ruskie. I mimo, że aktywność narodowa na wiele dziesięcioleci zamarła, Polacy w swej świadomości historycznej przechowali pamięć nie tylko o tych, co „poszli w bój bez broni”, lecz również o „Tajnym Państwie”. Jego doświadczenia nasi rodacy wykorzystali jeszcze kilkakrotnie i to zarówno w XIX, jak i XX w. z konspiracją solidarnościową lat 1981-1982 włącznie. Jednego wszakże Rosjanom nie udało się dokonać, a mianowicie odnaleźć pieczęci Rządu Narodowego. Mimo zaangażowania ogromnych środków symbol „Tajemnego Państwa Polskiego” nie dostał się w ręce wroga. Ich los nie jest dokładnie znany. Wedle jednej relacji pieczęcie były w posiadaniu naczelnika m. Warszawy Aleksandra Waszkowskiego, do momentu jego aresztowaniu, a następnie szefa kolejnego rządu Bronisława Brzezińskiego, który przekazał je w maju 1865 r. Stanisławowi Krzemińskiemu ( ostatniemu prezesowi rządu narodowego). Tenże w obawie, aby nie dostały się w ręce ochrany przekazał je litografowi Ottonowi Fleckowi, który zakopał je nieopodal Teatru Wielkiego w Warszawie, skąd na wieść, że władze rosyjskie kopią nawet pod ziemią w poszukiwaniu powstańczych precjozów odkopał je i spalił w piecu litograficznym. Ale pewności czy te wydarzenia faktycznie miały miejsce niestety nie mamy. Być może podczas prac rozbiórkowych starych kamienic w Warszawie czy innym polskim mieście ktoś odnajdzie niezwykły symbol niezwykłego państwa. Zafascynowany powstaniem styczniowym Józef Piłsudski ową niezwykłość ocenił w następujący sposób: „ Wielkość naszego narodu w wielkiej epoce 63-ego roku istniała, a polegała ona na jedynym może w dziejach naszych Rządzie, który nieznany z imienia, był tak szanowany i tak słuchany, że zazdrość wzbudzić może we wszystkich krajach i u wszystkich narodów”.

środa, 29 sierpnia 2012

Wiersz Broniewskiego

Raczej nie jestem sentymentalny ale zawsze się wzruszam jak czytam zapomniany wiersz Władysława Broniewskiego o wrześniu 1939 r "Batalion wojska ze sztandarem wrześniowym rankiem szedł na front. Ulice były jeszcze szare i puste, błyszczał okien rząd. Tramwaje wyjeżdżały z przecznic, stawały wobec ruchu wojska, batalion maszerował śpiesznie, bo to już była WOJNA POLSKA."

czwartek, 3 maja 2012

Tajemnice Konstytucji 3 Maja

„Przy wszystkich swych brakach Konstytucja 3 Maja widnieje na tle rosyjsko-prusko-austriackiej barbarii jako jedyne dzieło wolnościowe, które kiedykolwiek Europa Wschodnia stworzyła. I wyszła ona wyłącznie z klasy uprzywilejowanej, ze szlachty. Historia świata nie zna żadnego innego przykładu podobnej szlachetności…” Słowa te wypowiedział nie, kto inny tylko sam Karol Marks. Powszechnie uważa się, że Ustawa Rządowa z 3 maja 1791 r., jest pierwszą w Europie a drugą na świecie ( po amerykańskiej) spisaną konstytucją. Na pytanie, kto jest jej autorem odpowiedzi są różne, z reguły mało wiarygodne lub wręcz bałamutne. Podobnie sprzeczne są opisy okoliczności uchwalenia konstytucji, zwłaszcza, że od czasu epokowej pracy Waleriana Kalinki (Lwów 1888,Kraków 1896, t. III niestety niedokończony) nie dostarczono nam wielu nowych ustaleń. Jaka w końcu była w tamtych dniach majowych rola króla Stanisława Augusta Poniatowskiego? Wątpliwości, których nie jesteśmy w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć jest zresztą znacznie więcej, tym bardziej dziwi nie wielkie zainteresowanie badaniami nad tym fragmentem naszych dziejów. Od śmierci wielkich adwersarzy profesorów Jerzego Łojka, Emanuela Rostworowskiego i Andrzeja Zahorskiego nie widać nowych polemistów i badaczy tej rangi, a na rynku wydawniczym dominuje, poza wznowieniami ich starych prac, beletrystyka i publicystyka historyczna. Nie bez znaczenia jest również fakt, że okres Sejmu Wielkiego nie doczekały się nie tylko solidnej monografii, ale nade wszystko gruntownej edycji źródeł, zwłaszcza tych przechowywanych w Archiwum Akt Dawnych. Znajdujący się tam opasły zbiór rękopiśmiennych dokumentów stanowiących zapis przebiegu obrad sejmowych nie jest zresztą kompletny, a brakujących tomów praktycznie nikt nie poszukuje. Można, zatem powiedzieć, że niemoc źródłoznawcza i wydawnicza w sprawach Konstytucji jest prawie tak samo dojmująca, co w kwestii sprowadzenia zwłok do Warszawy czy Krakowa ostatniego króla Polski pochowanego w prowincjonalnym Wołczynie. Widać nasi rodacy, nawet po ponad dwustu latach od uchwalenia Konstytucji 3 Maja ciągle uznają Stanisława Augusta za niegodnego wiecznego spoczynku w jednym z narodowych sanktuariów. Zaprawdę dziwna to pamięć historyczna, co jedną ręką przyznaje zaszczyty a drugą strąca w niebyt publiczny. Rzeczypospolita lat 80-tych XVIII w. przeżywała dramatyczne chwile. Rozparcelowana wskutek pierwszego rozbioru w 1772 r. próbowała się ratować, gwałtownie poszukując sojusznika. Praktycznie mógł być nim tylko jeden z zaborców. Przy braku zainteresowania sprawami polskimi w Wiedniu wybrać można było pomiędzy Rosją a Prusami. Wybór Rosji utrzymywał polityczne status quo, z kolei postawienia na Prusy zmieniało w sposób zasadniczy dotychczasową orientację w polityce zagranicznej. Pozornie głos decydujący należał do króla, rzecznika orientacji prorosyjskiej, ale Rosja uwikłana od 1787 r. w konflikt z Turcją, a od następnego roku ze Szwecją była zmuszona rozluźnić gorset imperialnej dominacji wobec Warszawy, co znacznie utrudniło poczynania Stanisława Augusta. Natychmiast wykorzystali to członkowie stronnictwa patriotycznego doprowadzając do rezygnacji Austrii i Prus z gwarancji niezmienności systemu ustrojowego Rzeczypospolitej. W tych sprzyjających okolicznościach na początku października 1788 r. zawiązano Sejm Walny jako konfederację, gdzie obowiązywała zasada większości a niebędąca zmorą polskiego parlamentaryzmu XVIII w. zasada liberum veto. Ochroniono tym samym poczynania legislacyjne przed grupą tzw. malkontentów na czele z przyszłymi targowiczanami Stanisławem Szczęsnym Potockim i Franciszkiem Ksawerym Branickim. W styczniu 1789 r. Sejm Wielki zniósł Radę Nieustającą jako symbol obcej dominacji zaprowadzonej po I rozbiorze. Otwarto tym samym drogę do zasadniczej reformy ustrojowej Rzeczypospolitej. Musimy w tym miejscu zadać pytanie, dlaczego to przedstawiciele uprzywilejowanego stanu doprowadzają do tak radykalnych zmian, wbrew swoim żywotnym interesom politycznym i ekonomicznym. Najtrafniejszą odpowiedź dał w moim przekonaniu Marcin Kula w wydanej w 1991 r. pracy „ Narodowe i rewolucyjne”. Jego zdaniem, to poczucie zagrożenia przed utratą narodowego i państwowego bytu kazała jego najświatlejszym przywódcom doprowadzić do radykalnych przekształceń ustrojowych, w głębokim przekonaniu, że brak owych zmian narodu może nie uratować. Zmianom tym towarzyszył niespotykany dotąd ferment intelektualny i przebudzenie postaw patriotycznych i obywatelskich. Nie bez znaczenia były także echa wydarzeń w koloniach amerykańskich wybijających się na niepodległość, rewolucji francuskiej zapoczątkowanej zburzeniem Bastylii 14 lipca 1789 r. dziejącej się, zatem równolegle z obradami Sejmu Wielkiego, oraz wpływ filozofii i kultury oświecenia. Tylko kilka lat poprzedzających uchwalenie Konstytucji 3 Maja zaowocowało znakomitymi manifestami politycznymi Stanisława Staszica, Hugona Kołłątaja, Józefa Pawlikowskiego czy Franciszka Ksawerego Jezierskiego. W pracach tych kształtujących raczej klimat debaty niż wyznaczających konkretne rozwiązania ustrojowe zaczęto po raz pierwszy używać pojęć dobro wspólne, naród, w szerszym niż tylko szlacheckim sensie, rozszerzać prawa obywatelskie na pozostałe stany. Dla części szlachty posłującej do Sejmu samo zlikwidowanie Rady Nieustającej było równoznaczne z zakończeniem prac w sferze reformy ustrojowej. Jedynie członkowie stronnictwa patriotycznego zdawali sobie sprawę z konieczności gruntowniejszych zmian. W tym celu powołano Deputację do Formy Rządu na czele, której stanął marszałek litewski Ignacy Potocki. Postać tyleż ważna, co wyraźnie niedoceniana w dziele powstania Konstytucji 3 Maja. Latem 1790 r. po wielu miesiącach prac Potocki przedłożył Sejmowi słynny „Projekt do formy rządu”. Obszerny ten dokument, liczący sobie 658 artykułów, pełen republikańskich odniesień, wyraźnie ograniczał królewskie prerogatywy, wprowadzając zasadę dominacji sejmikowych instrukcji. Oznaczało to w praktyce uzależnienie ważniejszych decyzji państwowych od zdania przedstawicieli szlacheckiej prowincji, ale za to włączenie w krąg spraw państwowych stanu trzeciego- głównie mieszczan. Paradoksalnie projekt Potockiego zmusił króla Stanisława Augusta do działania w obronie własnych uprawnień, co zaowocowało włączeniem króla do prac nad projektem nowego ustroju Rzeczypospolitej. Do konfrontacji doszło na posiedzeniu Sejmu 13 września 1790 r. gdzie Stanisław August odwołując się do braci szlacheckiej nie pozwolił na przyjęcie zasad Potockiego, broniąc tym samym własnych uprawnień wykonawczych. Tym samym dwa rywalizujące ze sobą obozy patriotyczny i królewski zblokowały własne poczynania, ale wyraźny impas w debacie zmusił je do ściślejszej współpracy. Przełom nastąpił w trakcie dwóch wielogodzinnych rozmów Ignacego Potockiego ze Stanisławem Augustem na początku grudnia 1790 r. Obaj liderzy zgodzili się, co do kierunku w polityce zagranicznej wyznaczonego przez dążenie do sojuszu z Prusami, z drugiej strony Potocki odstąpił od swojego pierwotnego projektu republikańskiego na rzecz idei monarchii oświeconej. W spisanym po spotkaniach dokumencie zwanym „Pro memoria” król uzyskał długo oczekiwaną inicjatywę prawodawczą. Strony zobowiązały się przy tym do pełnej dyskrecji. Jednak dopiero w styczniu 1791 r. król podyktował swojemu sekretarzowi włoskiemu księdzu Scipionowi Piattolemu pierwszy zarys konstytucji, niezwłocznie przekazany Potockiemu. Piattoli był znakomitym kandydatem na pośrednika utrzymywał, bowiem bliskie kontakty nie tylko z królem, ale również Potockim. Od tego czasu trwał nieprzerwany ciąg uzgodnień i ustaleń, do których włączono marszałka Stanisława Małachowskiego i księdza podkanclerza Hugona Kołłątaja. Według ustaleń prof. Jerzego Łojka nie jest jasne, kto zredagował ostatecznie treść konstytucji, bowiem dyskusje nad poszczególnymi zapisami trwały do nocy z 2 na 3 maja 1791 r. Jego zdaniem ostateczny projekt konstytucji powstawał raczej w dyskusjach nad poszczególnymi fragmentami i spornymi kwestiami, niż w konfrontacji kilku kompletnych projektów. Prof. Emanuel Rostworowski pisze z kolei, że konstytucja nie była aktem jednorazowym, płodem jednej ręki i jednej głowy, ale dziełem „wielkiej czwórki” projektodawców: Stanisława Augusta, Ignacego Potockiego, Hugona Kołłątaja i Stanisława Małachowskiego. Inny z badaczy prof. Bolesław Leśnodorski uważa, że „największą zasługę należy przypisać królowi, a także Ignacemu Potockiemu i temu, który trzymał pióro i spisał tekst ostateczny, to jest Kołłątajowi”. Ciekawe spostrzeżenia poczyniła biograf króla Stanisława Augusta, Krystyna Zienkowska. Jej zdaniem obok głównych autorów powszechnie wymienianych przez wszystkich należy pamiętać o Aleksandrze Linowskim, pośle krakowskim, który przy królu pełnił ostateczną redakcję oraz wspomnianym księdzu Piattolim, którego redakcyjne dokonania nie mogą zostać zapomniane. Sam Piattoli po upadku Rzeczypospolitej publicznie twierdził, że właśnie on był wyłącznym autorem tekstu konstytucji, jego oświadczeniom nikt poważny nie daje jednak wiary. Jest zdumiewające, że w kraju, który czci swoją konstytucję świętem narodowym tak nie wiele jest wnikliwych monografii poświęconych pracom redakcyjnym poprzedzającym przyjęcie konstytucji. Dla przykładu w Stanach Zjednoczonych Ameryki natrafimy na dziesiątki monografii poświęconych działaniom redakcyjnym zarówno przy Deklaracji Niepodległości z 1776 r. czy Konstytucji z 1787 r. Być może jest to spowodowane niezwykłą aktualnością deklaracji oraz ciągłością obowiązywania amerykańskiej ustawy zasadniczej mimo kilkunastu poprawek, które wszakże nie zmieniły treści pierwotnego dokumentu. W polskim przypadku mamy jedynie historyczne odniesienia, bowiem po 123 latach niewoli narodowej przyszły dwie konstytucje w międzywojniu, stalinowska konstytucja z 1952 r., znowelizowana PRL-owska z 1976 r. i ostatnia konstytucja III Rzeczypospolitej z 1997 r. W swoim zasadniczym brzmieniu Konstytucja 3 Maja miała niewątpliwie nowatorskie zapisy i była nie tylko w Polsce dokumentem na wskroś nowoczesnym, jednak społeczeństwo polskie końca XVIII w. i stosunki w nim panujące były dla znacznej części ówczesnej Europy i Ameryki na wskroś anachroniczne. Obowiązujące tam prawa i wolności obywatelskie były znacznie powszechniejsze, niż to wynikało z zapisów majowej konstytucji. Dla świata znacznie ważniejsze były jednak nie konkretne zapisy konstytucji, co sposób, w jaki do jej uchwalenia doprowadzono. Thomas Jefferson mówił wprost o polskiej rewolucji, która się dokonała bez rozlewu krwi w przeciwieństwie do brytyjskiej czy francuskiej. Faktycznie zdumiewający jest łagodny przebieg majowych obrad, nawet, jeżeli uwzględnimy podstęp rzeczników zmian z wyznaczeniem sesji konstytucyjnej w czasie ferii powielkanocnych, kiedy większość posłów miała wolne. Poza incydentem z niezrównoważonym posłem kaliskim Janem Suchorzewskim, który przywlókł do Izby swojego sześcioletniego syna i groził, że go zabije, aby dziecko nie dożyło czasów obowiązywania nowej konstytucji, nie odnotowano żadnych buntów czy przejawów czynnego sprzeciwu. Patrioci sami byli zaskoczeni taką postawą, spodziewali się bowiem poważniejszego oporu. Inaczej nie można wyjaśnić ściągnięcia dodatkowych wojsk spoza Warszawy i oddania ich pod komendę Józefa Poniatowskiego, skoncentrowanie na Placu Zamkowym regimentu Działyńskich czy zorganizowanie przez Kołłątaja manifestacji mieszczańskiej. Same obrady początkowo zaplanowano na 5 maja, ale w obawie, że posłowie pruski i rosyjski znają datę, przyspieszono ich rozpoczęcie o dwa dni. Inna sprawa, że dyplomaci mocarstw zaborczych i tak poznali nową datę, ale ich stolice zajęte wzajemną rywalizacją nie interweniowały. Dla świata nie bez znaczenia był również fakt, że nie odebrano pod byle pretekstem głosu opozycji, dlatego obrady rozpoczęte około 9 rano wlokły się przez długie godziny. W końcu około godziny szóstej popołudniu we wtorek 3 maja 1791 r. poseł inflancki Michał Zabiełło, który na znak ręką króla, że chce zabrać głos po raz czwarty tego dnia zerwał się z ławy poselskiej z okrzykiem, iż król przysięga na Ustawę Rządową. Nie była to prawda, ale w tym momencie zapanowało takie poruszenie, że i król nie oponował godząc się, że jego zgłoszenie oznaczało faktyczną zgodę. Emocje sięgnęły zenitu, zewsząd krzyczano „Vivat król”, „Vivat konstytucja”. Wrzawa przeniosła się z Zamku na plac i ulice Warszawy. Jedynie poseł Suchorzewski oponował kładąc się krzyżem na ziemi, ale wśród wielkiej ciżby jego glos protestu był zupełnie niesłyszalny. Marszałek Małachowski na wszelki wypadek zapytał ogół czy jest zgoda na przyjęcie projektu, na co posłowie i senatorowie kilkakrotnie odpowiedzieli twierdząco. Biskup Feliks Turski podsunął królowi Ewangelię, na którą Stanisław August złożył przysięgę. Niestety nie znamy treści przysięgi,wiemy tylko, że Sejm przyjął ją z wielką aprobatą podobnie jak ponowną przysięgę u stóp ołtarza w katedrze św. Jana. Atmosfera w Warszawie w tych godzinach była bez wątpienia rewolucyjna, trudno się dziwić opozycji, że biernie przyglądała się tym wydarzeniom. Jedynie interwencja wojsk rosyjskich mogłaby cokolwiek zmienić, ale ta w obliczu zaangażowania Rosji w inne konflikty nie była wówczas możliwa. Ustawa Rządowa z 3 maja 1791 r. była dokumentem zwięzłym porządkującym najważniejsze kwestie ustrojowe państwa. Nie miejscu tu, aby szczegółowo analizować jej poszczególne zapisy warto wszakże zaznaczyć, że uchwalenie nowej konstytucji potwierdziło po raz kolejny, że Polacy w obliczu zagrożenia narodowego bytu potrafią się porozumieć w kwestiach politycznych. W przekonaniu jej twórców kompromis ten był konieczny, choć prowizoryczny. Nic dziwnego, że wielu nie zadawalał. Umocnieniu, bowiem państwa wewnątrz i na zewnątrz miało towarzyszyć kontynuowanie reformy na najtrudniejszym w opinii szlachty odcinku reformy społecznej. Trafnie opisał ten proces Hugo Kołłątaj w swoim sejmowym wystąpienie 28 czerwca 1791 r., w którym nawoływał do uzupełnienia zawartych w konstytucji majowej praw politycznych „konstytucjami ekonomicznymi i moralnymi”. Pogląd ten dość powszechny i dzisiaj skonfrontować należy z odmiennym spojrzeniem na tekst konstytucji przez pryzmat konieczności - jak pisze prof. Stanisław Salmonowicz - budowy takiego ustroju politycznego, który by był zdolny do istnienia. Jak powszechnie wiadomo Konstytucja 3 Maja nie zdołała uratować Rzeczypospolitej, a po pięknej karcie majowej przyszła ponura targowicka. Meandry ówczesnej sytuacji oddaje postawa króla Stanisława Augusta, który w czasie majowych wydarzeń odnotował najwspanialszą kartę w swoim panowaniu by po kilku miesiącach przystąpić pod naciskiem Rosji do konfederacji targowickiej. Trzeba się zgodzić z prof. Łojkiem, że ostatni polski król zdawał sobie sprawę z konieczności reformy państwa, ale nie wierzył w jej skuteczność. Niestety nie on jeden. Nie wolno nam jednak zapominać, że konstytucja mimo niesprzyjających okoliczności została uchwalona przez samych Polaków a w sensie ustrojowym, mimo wszystkich niedoskonałości, stanowiła ogromny postęp w stosunku do całego okresu XVII i XVIII w. W opinii wielu rodaków stała się politycznym testamentem samodzielności i niepodległości państwowej i tak głównie była pielęgnowana w XIX- wiecznej tradycji narodu. Faktycznie jednak uchwalenie Konstytucji 3 Maja wyznaczyło Polakom trwały program na przyszłość, którego fundamentalnym przesłaniem było poszukiwanie jedności w sprawach najważniejszych dla narodu. Trafnie to oddał wybitny XVIII-wieczny angielski publicysta Edmunda Burke: ” …to wielkie dzieło ten ma zaszczyt najcelniejszy, że zawiera w sobie nasiona coraz dalszego ulepszenia (…) na tych samych zasadach, które nasza starą brytańską konstytucję czynią tak wyborną. Tu jest powód powinszowania i święcenia tej rocznicy przez wieki”. Warto o tym pamiętać, gdy ponownie usłyszymy „ Niech się święci Trzeci Maj”

niedziela, 22 kwietnia 2012

Dwie Polski - dwie historie

Przysłuchując się dyskusjom polityków i publicystów w mediach, a zwłaszcza kłótniom pomiędzy PiS-em a PO czy Lechem Wałęsą i jego aktualnymi przeciwnikami z Wolnych Związków Zawodowych natychmiast przypomina się spór jaki o genezę odzyskania niepodległości toczył obóz Józefa Piłsudskiego z obozem narodowym.I tam i tu adwersarze zarzucali sobie zdradę i hańbę narodową, wysługiwanie się obcym mocarstwom, działania agenturalne czy antypaństwowe.Kampania nienawiści uruchomiono przeciwko Józefowi Piłsudskiemu w lecie 1920 r. czy pierwszemu prezydentowi Polski Gabrielowi Narutowiczowi do złudzenia przypominają kampanie nienawiści kierowane przeciwko Lechowi Wałęsie,Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Lechowi Kaczyńskiemu czy Bronisławowi Komorowskiemu, i mimo że każdy z nich popełnił mnóstwo błędów i krytyka była w pełni uzasadniona nie zmienia to faktu,że dokonywała się i dokonuje za sprawą tych fal inwektyw systematyczna erozja fundamentów państwa polskiego.Nie wiem w jaki sposób zmienić politykę na wolną od bredni,kalumnii czy fałszywych oskarżeń.Na pewno nie rozwiążą tego zakazy prawne czy ściganie z urzędu. Zalety polityki historycznej są politycznie na tyle duże, że politycy będą zawsze po nią sięgali dla bieżących korzyści, mam tylko nadzieję ,że kiedyś przyznają rację Karolowi Marksowi, że historia lubi się powtarzać ale wyłącznie jako farsa
( Karykatura Zdzisława Czermańskiego przedstawiająca Piłsudskiego jako Żyda popijającego z Niemcami i Sowietami)

środa, 15 lutego 2012

Zagadkowa linia Lorda Curzona

Próżno by szukać w najnowszej historii terminu tak znanego a jednocześnie tak bałamutnie interpretowanego jak linia Curzona. Kojarzona powszechnie z wschodnią granicą Polski narzuconą pod koniec II wojny światowej zgodną wolą Stalina, Roosevelta i Churchilla urosła do symbolu zniewolenia i dyktatu mocarstw a niekiedy nawet określana jest jako granica kolejnego rozbioru Rzeczypospolitej. Jednak próba ustalenia jej genezy, jak i wyjaśnienie samego terminu natrafia na nieoczekiwane trudności. Właściwie do dnia dzisiejszego nie ustalono w sposób nie budzący wątpliwości jak właściwie przebiegała ta propozycja graniczna, dlaczego nieustannie mówi się o dwóch jej wariantach i czy Curzon w ogóle miał z nią cokolwiek wspólnego. Czyżby więc linia Curzona była jednym z wielu XX-wiecznych mitów oblepionych taką masą absurdalnych opinii i interpretacji, że trudno nam ustalić najprostsze fakty. Światowa popularność terminu- linia Curzona rozpoczyna się po zakończeniu konferencji w Teheranie i przekroczeniu w styczniu 1944 r. przez armię radziecką wschodniej granicy II Rzeczypospolitej z lat 1921-1939 r. Od Waszyngtonu przez Londyn po Moskwę zaczęto rozpisywać się o przyszłej wschodniej granicy Polski wzdłuż linii Curzona. Pisano w większości pod dyktando politycznych mocodawców, czasami, jak polscy autorzy, z pobudek patriotycznych, bardzo rzadko z naukowej inspiracji. W tej masie często bezwartościowych, propagandowych publikacji przebijały się dwa główne nurty: o prawie narodu polskiego do stanowienia własnych granic oraz uzasadniający narzucenie Polakom granicy z paktu Ribbentrop- Mołotow z 1939 r., ubierając to przy tym w zgrabne teorie etnograficznego rozgraniczenia i poszanowania praw dla słowiańskich mniejszości. Nie trudno się domyślić, że Stalin zatrudnił cały sztab rządowych radzieckich historyków, którzy mieli uzasadnić tezę, że linia Curzona była propozycją mocarstw zachodnich powstałą w latach 1919-1920 r. a strona radziecka tylko ją zaakceptowała na konferencji teherańskiej i jałtańskiej jako rozwiązanie optymalne. Gdzie więc kończy się polityczna intryga Stalina wsparta dwuznaczną grą aliantów a zaczyna prawda historyczna. Jak oddzielić historyczne prowokacje od bezspornych faktów. Aby rozstrzygnąć te dylematy musimy się przenieść do Paryża roku 1919, gdzie toczyły się obrady konferencji pokojowej między Wielką Brytanią, Francją, Stanami Zjednoczonymi i Japonią z jednej strony a pokonanymi Niemcami i ich sojusznikami z drugiej. W trakcie obrad powołano specjalną Komisję do Spraw Polskich na czele której stanął Jules Cambon. Komisja w toku swoich eksperckich prac opublikowała szereg raportów spośród których dla naszych ustaleń kapitalne znaczenie ma Raport nr 2 z 22 kwietnia 1919 r. o wschodniej granicy Polski. Wyznaczał on tzw. minimalną tymczasową granicę na zachód od której polska mogła swobodnie tworzyć swoją administrację. Propozycja ta nie powinna nas dziwić, gdyż granica ta była de facto dawną wschodnią granicą Królestwa Polskiego z 1815 r. znaną doskonale zarówno dyplomacji brytyjskiej jak francuskiej. W momencie braku rozstrzygnięcia na froncie wojny domowej w Rosji mocarstwa Ententa opowiadały się po stronie „białej” Rosji generałów Kołczaka i Denikina ci zaś godzili się co najwyżej na przyznanie Polsce ziem byłego Królestwa Kongresowego z początków XIX w. Proponowany bieg granicy wschodniej Polski z raportu kwietniowego nie obejmował wszakże rozgraniczenia w Galicji Wschodniej, gdzie toczyła się wojna polsko-ukraińska. Propozycja ta w nieco zmodyfikowanej wersji ( Chełmszczyzna po polskiej stronie) została przyjęta przez mocarstwa sprzymierzone i opublikowana 8 grudnia 1919 r. jako tymczasowa wschodnia granica Polski. I ta wersja swój bieg kończyła w rejonie tzw. kordonu Sokalskiego czyli zbiegu dawnych granic zaborów rosyjskiego i austriackiego. Mocarstwa miały w dalszym ciągu szereg wątpliwości w kwestii przyznania Polsce Galicji Wschodniej ze Lwowem, nie były również zgodne co do zakresu koncesji na rzecz Polski. Wyrazem tych różnic był Raport nr 3 Komisji Cambona z 17 czerwca 1919 r., który wytyczał dwie linie rozgraniczenia wschodniej granicy Polski na obszarze wschodniogalicyjskim tzw. linie A i B, gdzie linia A, za którą optowali Brytyjczycy biegła praktycznie zgodnie z przebiegiem dzisiejszej granicy wschodniej od Kryłowa do Karpat, gdy zbieżna ze stanowiskiem francuskim linia B zostawiała po stronie polskiej Lwów i znaczną część naftowego zagłębia borysławskiego. Warto zapamiętać te dwie propozycje. Niestety w wielu publikacjach, także skąd inąd wybitnych historyków utożsamia się błędnie linię Curzona z linia z 8 grudnia 1919 r. Poza pewnymi zbieżnościami geograficznymi obie propozycje nie mają ze sobą nic wspólnego, a już z cała pewnością nic wspólnego z linią 8 grudnia nie ma lord George Nathaniel Curzon, ówczesny brytyjski minister spraw zagranicznych. Pod propozycją grudniową widnieje bowiem podpis Georgesa Clemenceau, francuskiego premiera, przewodniczącego alianckiej Rady Najwyższej a Curzona nie była nawet w Paryżu w dniu jej podpisywania Wszystkie te propozycje stałyby się tylko wdzięcznym owocem analiz historyków gdyby nie zmienne losy wojny polsko-radzieckiej 1920 r., w trakcie której po początkowych sukcesach polskich na Ukrainie i Białorusi nadszedł moment odwrotu wojsk polskich. W lipcu 1920 r. specjalnie powołana przez Sejm Ustawodawczy Rada Obrony Państwa (ROP) postanawia zwrócić się o pomoc do mocarstw zachodnich. ROP upoważnia ówczesnego premiera Władysława Grabskiego do podjęcia tej misji, a ten korzystając z faktu rozpoczęcia w belgijskim uzdrowisku Spa międzysojuszniczej konferencji wyjeżdża niezwłocznie do Belgii. Po kilkudniowych negocjacjach Grabski podpisuje 10 lipca 1920 r. z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Lloydem George´m układ, zgodnie z którym rząd polski zgadzał się podpisać natychmiastowe zawieszenie broni z bolszewikami na następujących warunkach: armia polska miała cofnąć się do linii z 8 grudnia 1919 r., jako tymczasowej granicy administracyjnej Polski. Armia radziecka miała zatrzymać się 50 km na wschód od tej linii. Wilno miało być przekazane Litwinom, a w Galicji Polskiej, gdzie linia z 8 grudnia nie miała przebiegu strony konfliktu miały stanąć na linii osiągniętej w dniu zawieszenia broni, tworząc szeroki na 20 km pas neutralny. W momencie podpisywania układu, choć pewnie lepiej byłoby powiedzieć dyktatu ze Spa, wojska polskie znajdowały się znacznie na wschód od tej linii a na odcinku wschodniogalicyjskim front przebiegał wzdłuż rzeki Zbrucz, kilkaset kilometrów na wschód od Lwowa. Trudno się dziwić, że układ ze Spa został przyjęty w Polsce prawie jak zdrada narodowa, a sam premier gorycz jego parafowania nosił do ostatnich swoich dni. W ślad za układem ze Spa 11 lipca 1920 r. została wysłana do rządu radzieckiego nota z propozycjami pokojowymi w wojnie z Polską. Zaprezentowano w niej warunki rozejmu i zaproponowano brytyjskie pośrednictwo. I tu dochodzimy do kluczowego momentu. Nota bowiem zawierała propozycje linii demarkacyjnej innej niż podpisana i wynegocjowana przez Grabskiego poprzedniego dnia. Dokument wbrew bezspornym faktom sugerował, że linia z 8 grudnia 1919 r. miała swoje przedłużenie na obszarze Galicji Wschodniej, stąd też proponowana stronie radzieckiej linia przebiegać miała od Kryłowa na zachód od Rawy Ruskiej, na wschód od Przemyśla do Karpat. Oznaczało to praktycznie wyłączenie spod zarządu polskiego całego obszaru Galicji Wschodniej ze Lwowem. Było to ewidentne nadużycie, w sposób istotny naruszające ustalenia porozumienia podpisanego przez premiera Grabskiego. Ponieważ nota została podpisana przez Curzona, zawartą w niej propozycję graniczną zaczęto nazywać jego nazwiskiem. Od razu niestety błędnie identyfikując ją z linią z 8 grudnia, na którą dość niefortunnie nota się powoływała. W świetle analizy dokumentów dyplomatycznych nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie skąd w nocie znalazły się takie błędy. Doświadczeni dyplomaci brytyjscy raczej nie pozwoliliby sobie na takie przekłamania. W źródłowej biografii Curzona autorstwa Harolda Nicolsona czytamy, że minister spraw zagranicznych poza złożeniem podpisu nie miał nic wspólnego z redakcją jej treści. Kto zatem miał i dlaczego zmiana została dokonana? Jako pierwszy szczegółową analizę obu dokumentów przeprowadził dopiero w 1944 r. dr Witold Sworakowski na łamach londyńskiego ”Journal of Central European Affairs”. Wnikliwa analiza problemu, świadcząca o erudycyjnej wiedzy autora nie dostarczyła niestety nader bogatych wniosków. Sworakowski uznał, że różnice w obu dokumentach były po prostu wynikiem błędu maszynowego popełnionego w trakcie pośpiesznego przygotowywania noty. Faktycznie nota została wysłana ze Spa a przygotowujący ją nie mieli zbyt wiele czasu ( układ z Grabskim podpisano 10 lipca popołudniu a notę wysłano następnego dnia rano). Zdaniem prof. Marii Nowak-Kiełbikowej, autorki źródłowej monografii stosunków polsko-brytyjskich inspiratorem zmian był osobiście premier Lloyd George, który starał się za wszelką cenę stworzyć warunki jak najkorzystniejszej propozycji dla Moskwy wbrew uzgodnieniom z Polakami. Jej wnioskowanie ma jednak charakter pośredni, gdyż żadne dokumenty dyplomatyczne tego nie potwierdzają. Dla autorki istotne jest, że prawie wszystkie propozycje brytyjskie wschodniej granicy Polski z lat 1919-1920 wykazują niezwykłą zgodność z opisaną w nocie dlatego nie powinna nas dziwić taka mistyfikacja. Wielka Brytania jej zdaniem konsekwentnie optowała za uznaniem zasad etnograficznych na wschodzie Europy, z jednej strony schlebiając postulatom „białej” Rosji, z drugiej poszukując trwałego rozwiązania w sporze polsko-ukraińskim o Galicję Wschodnią. Z kolei Tytus Komarnicki w swej pracy „Piłsudski a polityka wielkich mocarstw zachodnich” (Londyn 1952) pisze, że nie można wykluczyć złej woli ze strony kogoś z otoczenia premiera Lloyd George´a, kto prawdopodobnie nadużył zaufania Curzona. Podobnie formułuje hipotezy Norman Davis w swojej monografii wojny polsko-radzieckiej wydanej w Londynie w 1972 r. Jego zdaniem na fałszerstwo zgodził się Lloyd George a za przygotowanie merytoryczne propozycji linii granicznej miał odpowiadać Lewis Namier, brytyjski historyk, członek delegacji w Spa, znawca, także z racji galicyjskiego pochodzenia, stosunków etnicznych na tym obszarze. Wielu autorów ( zwłaszcza Tadeusz Piszczkowski) właśnie w Namierze, Angliku, żydowskiego pochodzenia widziała głównego winowajcę brytyjskiego oszustwa. Stąd już niestety krok do popadnięcia w teorie spiskowe. Być może wnikliwa kwerenda brytyjskich dokumentów dyplomatycznych, oraz osobistych papierów Lloyda Georga, Curzona czy Namiera pozwolą na rozwikłanie tej niezwykłej tajemnicy. Zupełnie zdumiewające jest, że strona polska nie złożyła żadnego oficjalnego protestu po upublicznieniu treści noty (debata w Izbie Gmin 14 lipca , „The Times” z 15 lipca 1920 r.). Mało tego dzień po publikacji noty Curzona premier Grabski zorganizował konferencję prasową, na której przekonywał, że nie było żadnych rozbieżności między układem przez niego podpisanym a notą angielskiego ministra. Dementowanie pogłosek o różnicach miało miejsce wielokrotnie wobec przedstawicieli prasy, którzy jako pierwsi zauważyli poważne różnice w obu dokumentach ( np. „Czas”, „Kurier Poranny”, „Kurier Polski”).Temat przestał być aktualny z chwilą gdy strona bolszewicka odrzuciła 17 lipca 1920 r. brytyjskie pośrednictwo, a ofensywa sierpniowa odrzuciła armie radzieckie spod Warszawy. Nota brytyjska z linią Curzona trafiła do archiwów. I pewnie by nigdy nie zrobiła tak spektakularnej kariery gdyby nie pakt Ribbentrop-Mołotow z 1939 r. dzielący Polskę jak niegdyś zaborcy z końca XVIII w. Od tego momentu Stalin poszukiwał historycznego i politycznego usprawiedliwienia swoich działań, zwłaszcza gdy po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej 22 czerwca 1941 r. nie mógł oficjalnie powoływać się na treść paktu. Brytyjskie pośrednictwo wraz z oszukańczą linią spadało Stalinowi jak manna z nieba. Oto za sprawą angielskich dyplomatów uzyskiwał dodatkowe argumenty za cofnięciem granic wschodnich Polski do linii Bugu ,czyli powrotu do 1815 r i tym razem bez Galicji Wschodniej. Sam błąd zawarty w nocie ułatwił stronie radzieckiej negocjacje w Teheranie i Jałcie i przesądził o odłączeniu od Polski Lwowa. Kolejny raz pośrednictwo zachodnich dyplomacji Moskwa wykorzystała jako argument przeciwko polskim planom terytorialnym. I mimo, że brytyjscy i amerykańscy dyplomaci podjęli pewne starania na rzecz przyznania Polsce Lwowa, Stalin konsekwentnie powoływał się na linię Curzona z 11 lipca 1920 r., co przesądziło o wytyczeniu nowej granicy Polski wzdłuż propozycji brytyjskiego ministra spraw zagranicznych. Wszelkie wątpliwości, kłopoty terminologiczne ( linia A i B w Galicji Wschodniej), brak czytelności w prezentowaniu stanowisk przez mocarstwa zachodnie działał na korzyść Moskwy. Nic dziwnego, że przedstawiciele Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii musieli się w końcu zgodzić nawet z cynicznym argumentem Stalina, że propozycja brytyjska była przecież korzystniejsza dla Polaków niż granica niemiecko-radziecka z 1939 r.

sobota, 11 lutego 2012

Generał Mróz

Jest bezspornym faktem, że jednym z najlepszych sojuszników Stalina w wojnie z Niemcami był mróz.Co prawda gen.Guderian wybitny strateg wojsk pancernych równie mocno narzekał na jesienne błoto to jednak zima powstrzymała impet nacierających wojsk niemieckich.Czy jednak rzeczywiście decydującą rolę w 1941 r.odegrała na froncie wschodnim aura? Odpowiedzi na to należy szukać w założeniach planowania operacji Barbarossa, której podstawową słabością było rozbicie sił na trzech kierunkach operacyjnych.Tymczasem sztabowcy niemieccy zwracali uwagę Hitlerowi na mankamenty takiego planowania.Szczególnie znamienny był projekt autorstwa nomen omen gen.Ericha Marcksa, który zakładał koncentrację uderzenia na kierunku moskiewskim z pobocznym uderzeniem na Ukrainę.Po zajęciu Moskwy wojska niemieckie miały uderzyć na południe aby połączyć się z Grupą Armii Południe.Ostatecznie Hitler podzielił siły atakujące na trzy grupy co przesądziło o słabości odcinka centralnego.Niezajęcie Moskwy gdzie usytuowane były centra wszystkich bez mała nici sowieckiego scentralizowanego państwa przesądziło o ostatecznej klęsce armii Hitlera na wschodzie.

piątek, 11 listopada 2011

Zapomniany bohater Niepodległej


Historia jest przekorna i nieoczekiwana, dla cierpliwych i wytrwałych zawsze ma coś niezwykłego w zanadrzu.Podczas spotkania autorskiego po wydaniu moich "Tajemnic historii Polski" zadzwonił do mnie mieszkaniec Szczecina z propozycją pilnego spotkania.Zaintrygował go mój esej o Józefie Piłsudskim( publikowany na tym blogu 10.11.2010 r.)a szczególnie fragment następujący:

"...Prawdopodobnie około godz. 11 tego dnia odbyła się jedna z najbardziej tajemniczych rozmów Piłsudskiego z por. armii niemieckiej i członkiem POW Józefem Jęczkowiakiem. Piłsudski ustalił ze swoim rozmówcą rozpoczęcie akcji rozbrajania Niemców przez Polaków służących w armii cesarskiej na godz.14. Jęczkowiak, który miał do dyspozycji 200 Polaków w niemieckich mundurach wykonał zadanie ponad plan. Oblicza się, że około 5000 żołnierzy niemieckich polskiego pochodzenia założyło biało-czerwone opaski. Historiografia niemiecka, zwłaszcza hitlerowska, uznała to za cios w plecy zadany armii niemieckiej na wschodzie"

Rozpoczęta 10.11.1918 r. akcja rozbrajania żołnierzy niemieckich, a szczególnie oficerów spacyfikowała garnizon warszawski ułatwiając realizację planów Piłsudskiemu.Można więc wyrazić opinię,że por Józef Jęczkowiak zapomniany bohater listopadowych dni w Warszawie szczególnie mocno zasłużył się ojczyźnie.

A czego dowiedziałem sie od mojego rozmówcy.Ano tego,że ten sam Józef Jęczkowiak mieszkał od końca lat 50-tych do swojej śmierci w styczniu 1966 r. w Szczecinie.Pracował w szczecińskim oddziale PHZ"Baltona" i przed przejściem na emeryturę był przez kilka lat jej dyrektorem.Pochowano go na komunalnym cmentarzu w Gdyni.I tak wielka historia splotła się z tą naszą lokalną, szczecińską.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

O powstaniu warszawskim inaczej

Irytująca jest lekkosć z jaką cytuje się w sieci te wypowiedzi na tematy historyczne, które narzucają skrajne ,jednostronne i często balamutne opinie co przy ich sieciowej popularnosci poglębia ich upowszechnianie.Gdybym napisal,że Polska miala jedyna szanse na bycie wielką poprzez sojusz ze Związkiem Radzieckim to oczywicie ta glupota bylaby cytowana powszechnie jako dowod na cos albo przeciwko czemus.Podobnie jest z powstaniem warszawskim.Mimo uplywu wielu lat od tamtych wydarzeń mamy ciągly brak wnikliwych analiz opartych na archiwaliach( przede wszystkim niemieckich,swoieckich,brytyjskich i amerykańskich).Prace w rodzaju prof.Normana Davisa czy innych wspolczesnych autorow raczej watpliwosci poglebiaja niz rozwiewają.Poza tym częsć z archiwów ciagle jeszcze jest niedostepna dla historykow ( Wielka Brytania czy Federacja Rosyjska) co tym bardziej sklania do formulowania opinii nader ostrożnych.
Nie kwestionując zatem oczywistego bohaterstwa oddzialow AK oraz znacznej większosci mieszkancow Warszawy musimy sobie zadac kardynalne pytanie czy ta ofiara krwi byla konieczna i czy przyniosla jakies pozytywne nastepstwa.Analiza dostepnych zródel oraz wiedza operacyjna polskiego dowodztwa nie pozwala uznac wybuch powstania za kompletnie nieuzasadniony (jak chca autorzy strony www.powstanie.pl na którą powoluje się Radek Sikorski i Leszek Miller na swoich blogach).Nie miejsce aby rozwijac tu szczegolową analizę( piszę na ten temat dluższy tekst)ale warto podkreslic,że na podjecie decyzji o rozpoczęciu walk decydujacy wplyw mialy wiadomosci o probie zamachu na Hitlera(20 lipca 1944),paniczna ewakuacja przez linie kolejowe warszawskie wojsk niemieckich z prawego brzegu Wisly oraz wezwanie komendanta miasta Fischera o stawieniu sie mlodych warszawiakow do budowy umocnien która interpretowano jaka nowa branke podobna do tej ze stycznia 1863 r. Nie bez znaczenia byla wiedza wywiadowcza Komendy Glownej AK o dzialaniach wojsk swoieckich na podejciach do Warszawy oraz nastroj wyczekiwania graniczacy z mozliwoscia wybuchu spontanicznych dzialan wród oddzialow AK zakonspirowanych w Warszawie.Wedlug mojej wiedzy powstanie jednak wybuchlo w najgorszym momencie, bowiem termin 20-25 lipca oraz druga polowa sierpnia byłyby zdecydowanie lepsze.Zabraklo czasu na umiedzynarodowienie konfliktu i podjecie przez rzad emigracyjny dzialan na rzecz wsparcia powstania przez Wielka Brytanie i USA.
Z kolei oskarżanie dowodcow AK o to ,ze narazili swoich zolnierzy na pewna smierc wydaje sie absurdalne conajmniej z dwoch powodow: brak rzetelnej wiedzy konspiratorow zwlaszcza w sprawach wojskowych oraz co szczegolnie ważne politycznych, rezygnacja z walki w otwartym terenie co byloby misja samobojczą na rzecz walk miejskich( doswiadczenia w rozbrajaniu Niemcow z 1918 r.)Dowodztwo AK w pelni swiadomie unikalo przez`caly okres wojny otwartych walk w obawie o nastepstwa w dzialaniach niemieckich szczegolnie wobec ludnosci cywilnej.Nie mozna tego powiedziec o konspiracji sowieckiej czy jugoslowianskiej co doprowadzilo do eksterminacji ludnosci okupowanych terenow ZSRR czy krajow dawnej Jugoslawii. Powstancy byli co prawda slabo uzbrojeni ale dysproporcje te zmniejszyly sie po zdobyciu magazynow na Stawkach oraz koncentracji w Warszawie uzbrojenia z calego obszaru Generalnej Gubernii.Ofiary wsrod ludnosci cywilnej byly nieuniknione tak jak nieuniknione są ofiary wród ludnosci cywilnej w każdej wojnie,zwlaszca w XX i XXI w.Ich skala może i powinna przerazac ale winę za los ludnosci Warszawy ponosza przede wszystkim ci ktorzy je sprawili a wiec oddzialy niemieckie,pacyfikujace miasto wspierajace oddzialy rosyjskie i ukrainskie w sluzbie niemieckiej oraz bezczynne armie sowieckie, zwlaszcza od wrzesnia 1944 r.W tym kontekscie proba desantu na przyczólku czerniakowskim oddzialow armii gen.Zygmunta Berlinga nie powinna byc traktowana jako stalinowski kaprys wodza lecz jako przyklad determinacji częci polskiej kadry dowódczej 1 Armii Polskiej.
Na powstanie nie wolno patrzec przez pryzmat wspolczesnego konfliktu politycznego PIS- PO,bowem z prawda historyczna nie ma to wiele wspolnego a bohaterscy powstancy staja sie czesto wbrew sobie stronami tego konfliktu.Na koniec refleksja: nie chcialbym przeceniac roli swiadomosci historycznej w odzyskaniu niepodleglosci w 1989 r. ale bez mitu powstania warszawskiego podobnie jak mitu Katynia czy na koniec mitu Solidarnoci wydarzenia lat 1980-1981 oraz 1988-1989 bylyby nie mozliwe.

sobota, 29 stycznia 2011

III wojna

Zaczęło się delikatnie w Tunisie,potem w Egipcie,Jemenie i Syrii a później potoczyło się jak kula śniegowa.Wszędzie obalano wiekowych prezydentów i wprowadzono zrazu nieśmiało reformy demokratyzacyjne.Demokracja jak wiadomo daje przewagę większości więc w krajach arabskich dała islamistom i zwolennikom Bin Ladena.Zjednoczone w nienawiści do chrześcijan i Żydów pierwsze co zrobiono to przepędzono białych znad Zatoki Perskiej i zajęto Izrael robiąc po drodze krwawą jatkę.Zachód wystąpił w obronie Izraela wysadzając desant koło Hajfy i rozpoczynając lata nowych wojen krzyżowych.Chiny i Japonia odcięły się od Zachodu w obawie o swoją przyszłość bez ropy znad Zatoki.w końcu USA postanowiły zrzucić bombę atomową na zatokę.W odwecie terroryści dokonali wielu spektakularnych zamachów.Europa i USA zamknęły granice dla Arabów.Zaczęto masowo produkować samochody na prąd elektryczny.Kilkanaście koncernów energetycznych na świecie ogłosiło bankructwa.Wybuchł światowy konflikt między NATO a światem arabskim.Istambuł gdzie ukształtowała się linia frontu przechodził z rąk do rąk.Żołnierze Gromu wytropili i zabili Bin Ladena a w zemście Islamiści wysadzili w powietrze budynek Sejmu.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Wojna domowa

Zasadnicze pytanie jakie zadaje historyk w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w 1981 r. jest czy mieliśmy do czynienia z wojna domową i czy Polsce rzeczywiście groziła interwencja radziecka.Odpowiedź na drugie pytanie jest paradoksalnie łatwiejsza bowiem z braku wiarygodnych źródeł( za takie nie uważam stenogramu Anoszkina)nie możemy ani zaprzeczyć ani potwierdzić.Pozostają poszlaki i mniej czy więcej zręczne hipotezy.Jest dla mnie natomiast oczywiste,że w obronie bezpieczeństwa swoich linii komunikacyjnych ,które wiodły przez Polskę do NRD ( 20 dywizji radzieckich)Rosjanie poświęciliby każdego polskiego przywódcę.Jaruzelski przy tym zdawał sobie doskonale sprawę z faktu,że jeżeli sam nie wprowadzi jakiegoś rozwiązania siłowego,zostanie odwołany a wówczas Rosjanie zastąpią go bardziej pancernym aparatczykiem lub zdecydują się na własną interwencję jak na Węgrzech i w Czechosłowacji.To zaś pociągnie za sobą poważne implikacje międzynarodowe bojkot ZSRR,zatrzymanie eksportu zboża do Moskwy oraz co najważniejsze wybuch powstania antysowieckiego i ogromne ofiary, przy których ofiary stanu wojennego zdają się być mikroskopijne.W tym sensie stan wojenny jest wojna domową ze wszelkimi jej konsekwencjami,zapiekłością,bezwzględnością, brakiem szacunku dla stron ,zanikiem pola dialogu i koncyliacji.I jak zawsze po jej zakończeniu wykopano rowy nie do pokonania.Stąd trzydzieści lat po wojnie polsko-jaruzelskiej są oceny namiętne, emocjonalne i tendencyjne.Dalej dialogu nie ma a strony momentami rowy nie tylko meliorują ale i powiększają

czwartek, 18 listopada 2010

Dnie polskiej decyzji


Odsłona 4
Dni polskiej decyzji.
Nie ma w naszej historii wielu przykładów decyzji, od których zależeć mogły losy całej Europy. Praktycznie poza odsieczą wiedeńską 1683 r. próżno by szukać w naszych dziejach tak ważkich poczynań. Tym bardziej dziwi brak szerszego zainteresowania poczynaniami polskiej polityki zagranicznej w przededniu wybuchu II wojny światowej, kiedy to być może po raz pierwszy i jak dotąd ostatni od polskiej decyzji zależał los starego kontynentu. Za to kolejne rocznice, które dla dawnych wrogów a dzisiejszych partnerów a nawet sojuszników są okazją do zaokrąglania kantów historycznych interpretacji czy unikania jak ognia ostrych, jednoznacznych sądów, przynoszą schematyczne, utarte, wręcz sloganowe syntezy. Powielając stare prawdy ich autorzy prezentują prace, których osią stają się o dziwo już nie stosunki polsko-niemieckie lecz polsko-radzieckie, nie 1 lecz 17 września, czyli data agresji na Polskę Armii Czerwonej. Wojna z Niemcami jawi się gdzieś w tle jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Nie dziwi mnie to bowiem poszukiwanie prawdy o wydarzeniach poprzedzających wybuch II wojny światowej musi zmuszać do zadania najtrudniejszego z niewygodnych pytań: Czy Polska mogła uniknąć tragicznych wydarzeń lat 1939-1945? I czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami w przededniu wybuchu II wojny światowej?
Jesienią 1938 r. po zawarciu haniebnego układu w Monachium, który okroił Czechosłowację z terytoriów sudeckich wydawało się, że żądania Hitlera zostały ostatecznie zaspokojone. Premier brytyjski Neville Chamberlain wysiadając z samolotu na londyńskim lotnisku machał dziennikarzom i witającym go tłumom tekstem układu monachijskiego mówiąc, najzupełniej szczerze: „Przywiozłem Wam pokój na pokolenia”. W państwach demokratycznych politycy z reguły mówią to, co wyborcy chcą usłyszeć, a po przeżyciach z lat 1914-1918 społeczności zachodnie pragnęły pokoju za wszelką cenę. Trudno się w tej sytuacji dziwić politykom, że starali się jak mogli aby odsunąć widmo konfliktu militarnego, tym bardziej, że znali w przeciwieństwie do własnych obywateli prawdę o katastrofalnym stanie przygotowań wojennych. Nie inaczej z przygotowaniami było w Polsce, za to atmosfera była w całym 1938 r. niezwykle bojowa. Najpierw postawiono na ostrzu wojennego konfliktu Litwę, którą przymuszono do zawarcia stosunków dyplomatycznych a jesienią marszałek Edward Rydz-Śmigły wydał słynny rozkaz „Maszerować”, po zajęto czeskie Zaolzie. Odnieśliśmy na oczach zdumionej Europy kuriozalne sukcesy po których zaczęto o nas mówić w kontekście zbliżonym do Włoch Benito Mussoliniego. I gdy wydawało się, że Polska wpadnie w szeroko rozpostarte ramiona hitlerowskich Niemiec, Warszawa powiedziała stanowcze nie. Co się zatem stało, że uchodzące od 1934 r. za modelowe stosunki polsko-niemieckie tak gwałtownie się popsuły?
Historycy są zgodni w jednym. Jesienią 1938 r. Niemcy postawiły żądania, które Polska odrzuciła co doprowadziło do wybuchu wojny. Przyjrzyjmy się zatem tym żądaniom. Zgłosił je 24 października 1938 r. w trakcie rozmowy z polskim ambasadorem Józefem Lipskim minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim Ribbentrop. Zaproponował ostateczne uregulowanie spornych kwestii w stosunkach polsko-niemieckich co miało być kulminacją prac podjętych przez marszałka Piłsudskiego i Hitlera. Gdańsk-zdaniem Ribbentropa- który „zawsze był niemiecki i zawsze niemiecki pozostanie” powróci do Rzeszy. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa zostanie poprowadzona przez Korytarz. W zamian za to Polska otrzyma na terenie Gdańska eksterytorialną szosę, linie kolejową, wolny dostęp do portu i gwarancje rynków zbytu dla swoich towarów. Oba kraje wzajemnie zagwarantują swoje granice, a pakt o nieagresji z 1934 r. zostanie przedłużony na okres 25 lat. Niemiecki minister zaproponował również przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego, czyli de facto sojusz polityczno-wojskowy z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Rozmowa odbyła się w przyjaznej atmosferze a szef niemieckiej dyplomacji zalecał ambasadorowi Lipskiemu aby nie sporządzał pisemnego raportu, co miało wykluczyć przecieki i szkodliwy rozgłos. Czy zatem analiza niemieckich propozycji pozwala je uznać za ultymatywne żądania czy może projekt szerokiej ugody. W zamian za oddanie Gdańska, który i tak był pod zarządem Ligi Narodów i przeprowadzenie drogi i kolei przez Pomorze Gdańskie, Polska uzyskiwała prawa w Gdańsku identyczne a nawet szersze od tych jakie posiadała. Dodatkowo perspektywa przystąpienia do paktu antykominternowskiego stawiała Polskę w szeregu mocarstw. Niemcy godziły się na zagwarantowanie granicy zachodniej z Pomorzem, Wielkopolską i Śląskiem o co toczono militarne, a później polityczne spory przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Beck miał zatem nie lada orzech do zgryzienia. Pewnie dlatego, propozycje niemieckie skrzętnie ukrywał nie tylko przed własna opinia publiczną ale także przed Rydzem-Śmigłym i prezydentem Ignacym Mościckim. Dopiero gdy strona niemiecka zaczęła się zdecydowanie domagać odpowiedzi postanowił naradzić się w gronie najważniejszych osób w państwie. Do spotkania doszło 8 stycznia 1939 r. Obok prezydenta Ignacego Mościckiego uczestnikami byli premier Felicjan Sławoj-Składkowski, wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, Beck i Rydz-Śmigły. Szef polskiej dyplomacji zrelacjonował stan stosunków polsko-niemieckich koncentrując się na żądaniach niemieckich. Po krótkiej dyskusji uczestnicy ustalili że jeżeli Niemcy będą podtrzymywać naciski na Warszawę w kwestii Gdańska i autostrady to Polsce grozi konflikt w wielkim stylu a same żądania są jedynie pretekstem do jego wywołania. Dlatego uznano, że uległość ze strony polskiej może prowadzić wprost do utraty niepodległości. Dalsze konsekwencje tych decyzji znamy doskonale: zdecydowana odmowa Warszawy, gwarancje brytyjskie z marca 1939 r. dla Polski, wypowiedzenie paktu o nieagresji przez Niemcy w kwietniu i wydanie przez Hitlera rozkazu o przygotowaniu ataku na Polskę.
Czy zatem Polska mogła przyjąć niemieckie propozycje i stać się obok Finlandii, Rumunii, Węgier czy Bułgarii sojusznikiem Niemiec? Odpowiedź powinna być negatywna bo przecież Polacy staliby się współwinni okrutnych zbrodni hitlerowskich a obozy hitlerowskie w Polsce stałyby się być może faktycznie obozami polskimi. Świat jednak nie oskarża społeczeństw tych państw o uczestnictwo w Holocauście. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację gdy po stronie państw Osi staje milionowa armia Polska, dodatkowo zaopatrzona w doskonały sprzęt pancerny i artyleryjski z Czech i Niemiec. W takiej sytuacji Związek Radziecki upadłby nie w 1990 r. lecz pół wieku wcześniej. Znacznie trudniej jest natomiast wskazać jak zakończyłaby się II wojna światowa. Bez wątpienia cały świat wyglądałby inaczej. Ale czy lepiej? Dla milionów Polaków cierpiących poniewierkę, głód, narodowe szykany i bestialskie traktowanie bez wątpienia lepiej. Nie byłoby Katynia, łagrów, deportacji i cierpień w Kazachstanie, zapewne nie byłoby Palmir, Pawiaka i powstania warszawskiego ale raczej nie dałoby się uniknąć utworzenia obozów śmierci dla milionów polskich i europejskich Żydów. W tym sensie nasz udział w ludobójstwie byłby nie tylko bezdyskusyjny ale na długie lata obciążył nasze narodowe sumienia. Tak jak dzisiejszych Niemców.
Odpowiedź zatem na pytanie czy Polska powinna stać się pierwszym sojusznikiem Hitlera należy raczej zastąpić pytaniem: Czy Polska w ogóle zastanawiała się na taką alternatywą? W trakcie wspomnianego już spotkania ze stycznia 1939 r. nikt nie zająknął się w kwestii zaakceptowania niemieckich propozycji, ba nawet nie sugerowano grania ewentualną zgodą wobec Berlina, Paryża, Londynu czy Moskwy. Polskie przedwczesne „Tak” było tak samo zgubne jak przedwczesne „Nie”. Po odkryciu kart nie da się blefować wobec nawet najsłabszego gracza, a co dopiero wobec tuzów europejskiej dyplomacji. W tym sensie decyzje podjęte 8 stycznia 1939 r. były słuszne jedynie co do celów, natomiast co do kierunków nie trafne a w wymiarze taktycznym wręcz fatalne w skutkach.
W jednej z rozmów ambasadora Lipskiego z Ribbentropem polski dyplomata zaznaczył, że wyrażenie zgody na przyłączenie Gdańska nigdy nie uzyska akceptacji Polaków. Czy rzeczywiście polska opinia publiczna była w tych kwestiach taka zgodna? Poza odosobnionym Władysławem Studnickim, zdeklarowanym germanofilem cała ówczesna opinia publiczna była przeciwna jakimkolwiek ustępstwom wobec Niemiec. Nawet szczególnie wpływowe kręgi sanacyjne poza pozorami utrzymywania poprawnych stosunków z Niemcami w duchu paktu z 1934 r. w coraz większym stopniu podkreślały wiarę wyłącznie we własne siły. Przestrzeń zatem w jakiej poruszał się minister Beck była niewielka. Szef polskiego MSZ nie miał ani takich wpływów ani przekonania aby naruszyć główny filar piłsudczykowskiej polityki zagranicznej: równych odległości pomiędzy Warszawą a dwoma wielkimi sąsiadami. Tym samym wybór jednego z sąsiadów na potencjalnego sojusznika w każdym wypadku oznaczał polityczne samobójstwo. Nie znaczy to jednak, że rozgrywka dyplomatyczna Józefa Becka została poprowadzona dobrze. Po pierwsze Beck przecenił własne talenty i źle ocenił rzeczywiste cele Hitlera. Jego zdaniem Berlin po Monachium prowadził politykę rozmiękczania Polski taką samą jaką podjął wobec Czechosłowacji. Według polskiego ministra była to jedynie próba sił, którą należało wytrzymać. Odrzucając niemieckie żądania Beck zdawał się nie dostrzegać konsekwencji swoich decyzji wierząc, że to jedynie swoista gra nerwów. Nie uświadamiał sobie, bodaj do słynnego przemówienia w Sejmie w maju 1939 r., że na końcu polskiego „nie” czai się militarny konflikt i to z obydwoma sąsiadami. Brak było przy tym ścisłego współdziałania pomiędzy Beckiem a Rydzem-Śmigłym przez co ten pierwszy przecenił siłę polskiej armii, gdy Generalny Inspektor nazbyt późno poinformowany o narastającym zagrożeniu nie podjął żadnej politycznej inicjatywy. Stąd zapewne duża pasywność na przełomie 1938/1939 r. w polskich poczynaniach i naiwne trwanie w przekonaniu o szansach na oparcie się Niemcom. Strona polska nie wykorzystała przy tym wszystkich możliwości działania. Nie podjęto dyplomatycznej gry z Hitlerem łudząc go z jednej strony nadziejami na rychłe porozumienie, z drugiej szachując państwa zachodnie i Moskwę możliwością takiego porozumienia. O tym, że Londyn i Paryż bardzo obawiały się zawarcia układu sojuszniczego Polski z Niemcami, świadczy decyzja Londynu o udzieleniu Polsce jednostronnych gwarancji bezpieczeństwa, co było bezprecedensowym gestem ze strony Wielkiej Brytanii w ogóle, a wobec kraju z Europy Wschodniej w szczególności. W Londynie znano od początku niemieckie propozycje i poważnie obawiano się, że Polska je zaakceptuje nie z racji swojej słabości lecz z powodu ich stosunkowo łatwych do zaakceptowania - zdaniem Brytyjczyków- treści. Mając to na uwadze, Beck nazbyt pochopnie zgodził się na przyjęcie gwarancji Londynu, naiwnie sądząc, że mają szczery a nie taktyczny wymiar. Konsekwencje tego są powszechnie znane. Dlatego ewentualna decyzja o odrzuceniu niemieckich żądań i przyjęciu brytyjskich gwarancji powinna pociągnąć za sobą zasadniczą zmianę głównego celu polityki zagranicznej jakim powinno się stać bezpośrednie zagrożenie konfliktem zbrojnym ze strony Niemiec. Tak się niestety nie stało. Dodatkowo zmianę w stosunkach polsko-niemieckich skrzętnie wykorzystał Stalin doprowadzając do zbliżenia z Niemcami i zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow. Polska znalazła się w potrzasku z bezwartościowymi gwarancjami brytyjskimi i martwym od lat sojuszem polsko-francuskim. Wmanewrowana w wojnę na dwa fronty niejako na własne życzenie, nie będąc kompletnie przygotowana nawet do walki tylko z jednym z sąsiadów, kolejny raz w historii krwawiła w samotności. Dlatego pytania o inne drogi wyjścia dla Polski w 1939 r. muszą być stawiane aby się ostatecznie przekonać czy faktycznie jedynym atutem jaki nam pozostał w 1939 r. był honor.

środa, 17 listopada 2010

Odsiecz wiedeńska


Odsłona 3
Odsiecz wiedeńska 1683 r.
XVII wieku był przepojony wojną. W ciągu stu lat nie było roku aby nie wojowano. Walczyli prawie wszyscy. W wojnach lokalnych, koalicyjnych i domowych. Był jednak jeden wspólny wróg prawie dla całej ówczesnej Europy –Imperium Tureckie. Odmienna religia, obyczaje i kultura, agresywność i okrucieństwo na podbijanych ziemiach czyniła z Turków szczególnie niebezpiecznych przeciwników dla chrześcijańskich monarchii. Centralistyczna i nowoczesna organizacja państwa oraz znaczny potencjał demograficzny i nieprzebrane bogactwa przydawały temu zagrożeniu wprost śmiertelne oblicze. W decydującym dla naszego kontynentu momencie pojawił się zwalisty magnat i hetman, od 1674 r. elekcyjny król Polski –Jan III Sobieski. Stanął na czele odsieczy, dla obleganego przez Turków Wiednia i 12 września 1683 r. rozgromił potężna armię turecką wielkiego wezyra Kara Mustafy. To wspaniałe zwycięstwo, jedno z największych w dziejach oręża polskiego, nie miało jednak szczęścia do rzetelnego opisu. Manipulowano danymi i to zarówno strona polska jak i austriacka czy niemiecka. Króla polskiego w jednych opracowaniach wynoszono na piedestał, w innych jego rolę pomniejszano, zarzucając mu przy tym nie wywiązanie się z umów sojuszniczych czy brak nadzoru nad podległymi wojskami.
Ekspansja niewielkiego plemienia z tureckiej Anatolii na czele którego stała dynastia Osmanów odbywała się początkowo niepostrzeżenie dla europejskiej opinii publicznej. Dopiero wdarcie się na teren dzisiejszych Bałkanów, a zwłaszcza zdobycie Konstantynopola w 1453 r. uświadomiło władcom europejskim powagę tureckiego niebezpieczeństwa. W 1526 r. podjęto kolejną próbę powstrzymania ekspansjonizmu tureckiego na kontynencie. Niestety w przegranej pod Mohaczem bitwie pogrzebano za sprawą śmierci Ludwika II Jagiellończyka nie tylko plany dynastyczne Jagiellonów ale także szansę na wyrzucenie Turków z Węgier i Siedmiogrodu. Te spektakularne sukcesy Imperium Osmańskie zawdzięczało nieprzeciętnym talentom wojskowym swoich władców. Przy tym każdy kolejny sułtan w zgodzie z prawem dynastycznym musiał zgładzić wszystkich swoich braci aby żadna z rywalizujących na dworze koterii nie mogła się odwołać do pochodzenia z rodu Osmana. To okrutne prawo wywarło korzystny wpływ na zapewnienie wewnętrznego ładu i skoncentrowanie się na zewnętrznych podbojach. Gdy Turcy przysposabiali swoje państwo do kolejnych agresywnych działań władcy chrześcijańskiej Europy toczyli permanentne spory o trony czy dominację między dynastiami. Monarchia absolutystyczna narodziła się w Turcji i to sto lat przed królem Francji Ludwikiem XIV.
W XVII w. ta przewaga nie była już tak znaczna, a zmiany jakie dokonywały się w Europie zwłaszcza po wojnie trzydziestoletniej różnice te niwelowały. Wzrost znaczenia władców, powstanie stałych zawodowych armii, rozwój administracji centralnej czyniły zwłaszcza z monarchii habsburskiej trudnego przeciwnika dla Turcji. Sytuacja Austrii nie była jednak na tyle dobra aby Wiedeń nie musiał skorzystać z inicjatywy papieża Innocentego XI doprowadzenia do przymierza z Polską, uwikłaną równie silnie w konflikt z Turcją.
Sytuacja Rzeczypospolitej w XVII była dramatyczna. Nieustanne wojny z Rosją , kilkuletnia szwedzka okupacja czy krwawa wojna domowa na Ukrainie wyniszczyły kraj (liczba ludności spadła wówczas o 1/3). Żeby jeszcze było mało nieszczęść w 1672 r. spadła na Polskę nawała turecka. Padł Kamieniec Podolski symbol oporu polskiego na Podolu. W „haniebnym” traktacie w Buczaczu oddano Turkom większą część Ukrainy. Pomimo zwycięstwa chocimskiego w 1673 r. nie udało się przywrócić polskiego stanu posiadania na Podolu. Natomiast w trakcie tej wojny ujawnił się w całej pełni niezwykły talent wojskowy hetmana wielkiego koronnego, a od 1674 króla Polski Jana III Sobieskiego. Niezwykła to postać zważywszy na profesję wojskowego. W 1646 r. ukończył studia na wydziale filozoficznym Akademii Krakowskiej. W trakcie studiów poznał znakomicie łacinę, opanował również tak cenną dla polityków sztukę retoryki, zdobył solidne podstawy wiedzy historycznej. Obok łaciny mówił Sobieski dobrze po niemiecku i francusku, znał także podstawy tureckiego i greki. Po studiach ponad dwa lata przebywał na zachodzie Europy, gdzie poznawał organizację i obronność Rzeszy, Niderlandów, Francji i Anglii. Po powrocie jako rotmistrz stanął na czele chorągwi (zaciągniętej z własnych środków) i wziął udział w obronie Zamościa w trakcie powstania Chmielnickiego. Zaczęła się wspaniała kariera wojskowa Sobieskiego.
Po objęciu tronu Jan III Sobieski stał początkowo na czele stronnictwa profrancuskiego licząc na pokój z Turcją i doprowadzenie, w sojuszu z Burbonami, do zdobycie Prus Książęcych, oraz Śląska. Uwikłany w konflikt austriacko-francuski, będący osią rywalizacji w Europie, szukał Sobieski pretekstu do zmiany orientacji w polskiej polityce zagranicznej. Do konfrontacji doszło na Sejmie Walnym w Grodnie w 1679 r. gdzie król porzucił kompletnie nieefektywny sojusz z Francją i przeszedł do obozu proaustriackiego. Podjęte tam działania miały na celu także wzmocnienie wewnętrznej pozycji króla, który nieustannie borykał się z silną opozycją. Otwarcie mówiono o kolejnej elekcji na co wpływ miało także pogarszający się stan zdrowia monarchy, zwłaszcza nasilająca się epilepsja. Odzywały się skutki wieloletnich kampanii wojennych, zwłaszcza ciężkiej rany głowy odniesionej pod Beresteczkiem. Sobieski miał już 50 lat, z czego wojował od 25 roku życia.
Czy faktycznie zmiana polityki zagranicznej w 1679 r., która przyniosła w konsekwencji wiktorię wiedeńską była nieuchronna i czy z punktu widzenia polskich interesów była słusznym rozwiązaniem. Przeciwstawienie się najazdowi tureckiemu nie budzi żadnych wątpliwości ale czy wyczerpano wszelkie możliwości stworzenia trwałego pokoju z Portą Otomańską. Analiza dokumentów dyplomatycznych pokazuje, że zarówno pokój jak i wojna z Turcja były bardzo realne. Sygnały, co prawda niezbyt silne , ze strony Turcji zdają się potwierdzać opinię, że za przejściowe oddanie Kamieńca i części Podola możliwy był w miarę trwały sojusz polsko-turecki skierowany przeciw Moskwie. Rezydent polski w stolicy Turcji Samuel Proski napisał w jednym z raportów „…Niechże Duch Święty rządzi sercem Jego Królewskiej Mości, aby obrać musiał, czy z Moskwą wytargować ablata ( tu: ziemie zabrane) u Porty, czy z Portą u Moskwy”. Faktycznie król miał poważny dylemat i jak zwykle to bywa o ostatecznym wyborze ( ale czy najlepszym?) zadecydowały drobiazgi. Z jednej strony dyskredytacja polityki francuskiej przez sprytnego austriackiego ambasadora w Warszawie Hansa Christopha Zierowskyego, z drugiej obraza żony króla Marysieńki Sobieskiej przez Ludwika XIV za sprawą odrzucenia jej starań o nadanie ojcu królowej, markizowi d´Arguien, stosownych godności we Francji
Zmienioną sytuację natychmiast wykorzystał cesarz austriacki Leopold I wysyłając misję dyplomatyczną do Warszawy. Narady prowadzono w trakcie obrad Sejmu w lutym i marcu 1683 r., gdyż król Jan nie posiadał odpowiednich pełnomocnictw do podpisywania umów z obcymi państwami. Traktat podpisano 31 marca 1683 r. a Sejm z niejakim oporem go ratyfikował 16 kwietnia. Zgodnie z zapisami traktatu obie strony miały wesprzeć kraj napadnięty przez Turków jedynie w przypadku oblężenia stolicy jednego z państw. Dla wszystkich było już oczywiste, że Turcy, maszerujący z Adrianopola, prą na Wiedeń. Polacy zgodnie z traktatem mieli wystawić 40 tysięcy, tymczasem Sobieski pociągnął pod Wiedeń na czele armii o połowę mniejszej. Czyżby więc strona polska nie wypełniła warunków traktatu? I tak i nie. Tak- bowiem cały wysiłek mobilizacyjny przewyższył traktatową liczbę 40 tys. , nie- bowiem król część wojsk pozostawił w kraju a Litwini w ogóle pod Wiedeń nie dotarli. Ustalenie rzeczywistej liczby wojsk polskich pod Wiedniem nastręcza zresztą nie mało problemów. Wystarczy w tym miejscy odwołać się do badań prof. Jana Wimmera, który kilkakrotnie weryfikował własne ustalenia. W tym sensie za najbardziej wiarygodną uznałbym pracę amerykańskiego historyka Thomasa M. Barkera, który podał liczebność 18.000 Polaków jako najbardziej prawdopodobną. Dla poprawności metodologicznej podajmy, że historyce austriaccy zaniżają udział Polaków do 13.000-14.000 , natomiast Wimmer podaje liczbę 20.950 żołnierzy, z czego połowę miała stanowić jazda.
Przebieg bitwy jest powszechnie znany, warto natomiast przytoczyć garść mniej znanych i kontrowersyjnych szczegółów. W dokumentach austriackich poprzedzających bitwę wiedeńską panuje przekonanie, że pomoc Polaków, jeżeli nadejdzie , to na pewno nie prędko. Tymczasem Turcy rozpoczęli oblężenie Wiednia 14 lipca 1683 r. a król Jan wyruszył z Wilanowa zaledwie 4 dni później 18 lipca . Gdy Jan III Sobieski maszerował na Wiedeń, cesarz Leopold salwował się ucieczką do Passau, ponad 200 km na zachód od Wiednia, nic więc dziwnego, że wojskami cesarskimi musiał dowodzić książę Karol Lotaryński. Spornym problemem była od początku kwestia dowodzenia wojsk odsieczowych, bowiem obok polskich i austriackich były jeszcze wojska Rzeszy ( Sasi, Bawarczycy i Frankończycy). Dowodzenie zrazu zapewnił sobie Sobieski, bowiem w umowie sojuszniczej zapisano ,że naczelnym wodzem zostanie król będący na polu bitwy. Ponieważ cesarz Leopold nie był żołnierzem oczywistym było, że zarówno dowódca Austriaków książę Lotaryński, jak i Niemców książę Georg Fridrich von Waldeck musieli podporządkować się Sobieskiemu. Gdyby jednak Leopold pojawił się na polu bitwy jemu przypadł by zaszczyt dowodzenia wojskami koalicji. Cesarz wyruszył zatem z Passau do Wiednia ale po spotkaniu z nuncjuszem apostolskim Francesco Buonovisim w Linzu zawrócił. Dla stolicy apostolskiej znacznie ważniejsze było doświadczenie wojskowe Sobieskiego niż ambicjonalne fochy cesarza. Nuncjusz najnormalniej w świecie zaszantażował Leopolda I oświadczając mu, że jak król Polski nie będzie wodzem naczelnym wycofa się do kraju. Strach przed samotną walką z Turkami okazał się silniejszy i 3 września cesarz potwierdził na piśmie, że komenda należy się królowi polskiemu. Odrębna kwestią był plan bitwy, Sobieski zgodnie z tradycją polskiej sztuki wojennej dążył do rozstrzygnięcia w walnej bitwie nawet kilkudniowej, gdy książę Lotaryński widział frontalny atak pod mury Wiednia celem przerwania oblężenia. W tym celu domagał się objęcia dowództwa lewego skrzydła oddając Polakom prawe. W centrum miały walczyć wojska Rzeszy pod Waldeckiem. Przebieg bitwy potwierdził znaczną zbieżność zamysłów Sobieskiego i Karola Lotaryńskiego. Silny atak piechoty niemieckiej i austriackiej związał wojska Kara Mustafy ułatwiając szarżę husarii. O 16.30 w niedzielę 12 września ruszyła na Turków jedna z największych w dziejach formacja jazdy (20.000 koni) zmiatając z pola bitwy janczarów. Około 18 wielki wezyr Kara Mustafa uciekł z pola bitwy a wraz z nim znaczna część armii tureckiej. Do obozu tureckiego pełnego bogactw wkroczył Sobieski. Straty tureckie zważywszy na rangę zwycięstwa wyniosły ledwie 10 % stanu. Nic dziwnego, że wojna z Turcją trwała jeszcze kilkanaście lat. Pobita choć nie zniszczona armia turecka nie była już jednak w stanie ponownie zagrozić Europie.
Echa wiktorii wiedeńskiej dotarły do najdalszych zakątków Europy. W stolicach państw zapanowała niewyobrażalna euforia. Tylko we Włoszech na cześć zwycięzców napisano kilkaset poematów. Malarze, kronikarze i poeci na wyścigi starali się uwiecznić ten wiekopomny jak mawiano triumf świata chrześcijańskiego nad islamem. Po Turkach w Wiedniu zostały bogate łupy, wśród których były dziwne palone owoce, które zalane wrzątkiem wydzielały wspaniały aromat. Pierwsza kawiarnia, bo o kawie mowa, powstały w Europie właśnie w Wiedniu, otwarta przez Polaka Franciszka Kulczyckiego, jednego z bohaterów oblężenia, który przedostał się do oblężonego Wiednia w przebraniu tureckim i przekazał obrońcom najświeższe informacje o odsieczy.

wtorek, 16 listopada 2010

Czy Polska była mocarstwem?


Odsłona 2
Czy Polska była mocarstwem?
Pytanie z pozoru wydaje się kuriozalne. W świetle naszych współczesnych dokonań na arenie międzynarodowej, Polska jawi się jako niezwykle dumne, wręcz aroganckie, państwo którego siła jest wszakże odległą projekcją pozycji choćby z lat 1918-1939. A i wtedy Polska była krajem, które było przedmiotem rozgrywek ówczesnych mocarstw. Czy Polska zatem w swojej 1000-letniej historii była kiedykolwiek mocarstwem? Czy podobnie jak inne wielkie państwa dyktowała warunki sąsiadom, najeżdżała je z jednej strony i cywilizowała z drugiej? W jakim momencie naszych dziejów Polska dała najwięcej Europie a może i światu. Odpowiedź na to pytanie choć wcale nie najłatwiejsza jest wszakże dla mnie oczywista. Takim czasem były lata panowania króla Zygmunta Starego i jego syna Zygmunta Augusta, czyli lata 1501-1572. Polska „Złotego Wieku”. Kraj wolności religijnej i humanizmu, bogactwa za sprawą wysokich cen zboża, względnego spokoju na granicach. Polska, z którą musieli się liczyć wszyscy ówcześni władcy, uważając nie rzadko za zaszczyt, że ostatni Jagiellonowie łaskawie ich raczyli zaprosić czy docenić. Od Habsburgów przez władców Francji i Anglii, cara Rusi, sułtana tureckiego, po wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego wszyscy zabiegali o poparcie Zygmuntów lub przerażeni pozycją Polski knuli przeciwko nim intrygi.
Za sprawą unii z Litwą Polska stała się jednym z największych państw w Europie, trzykrotnie większym od dzisiejszej. Jedynie Rosja i Turcja powierzchniowo ją wyprzedzały. Także pod względem liczby ludności Polska była w czołówce, ze swoimi 7,5 mln ludności ( inne dane podają nawet 10 mln) ustępowała tylko najludniejszej Francji (16 mln), Rzeszy Niemieckiej (12 mln), Włochom (11 mln) i Rosji (10,5 mln). O pozycji gospodarczej ówczesnych państw oraz ich możliwościach rozwojowych decydował przede wszystkim poziom plonów. XVI-wieczna Polska fantastycznie rozwijała się pod tym względem, ustępując tylko Niderlandom. Zważywszy jednak na ogromną powierzchnię upraw stała się prawdziwym „spichlerzem” Europy i potrafiła to znakomicie wykorzystać. Swój dynamiczny rozwój gospodarczy Polska zawdzięczała przede wszystkim Kolumbowi i odkryciom geograficznym, co spowodowało napływ do Europy gigantycznej ilości kruszców szlachetnych. Potroiło to liczbę monet bitych ze złota i srebra, czego natychmiastowym rezultatem był niespotykany dotąd wzrost cen żywności. Oblicza się, że ceny żywności na terenie Europy wzrosły w przeciągu XVI wieku o 300 % przyczyniając się do spektakularnej koniunktury na polskie zboże. Gdy uświadomimy sobie, że wartość eksportu polskiego zboża wzrosła aż 10-krotnie nie zaskoczy nas dodatni bilans handlowy i systematyczny napływu do Polski pieniądza na inwestycje. Prawdziwy boom przeżywał Gdańsk, przez który szło 80 % polskiego eksportu. Nic dziwnego, że Gdańsk był w XVI w. najludniejszym polskim miastem ( 60 tysięcy mieszkańców) przewyższając stołeczny Kraków, Wilno, Poznań, Lwów i Warszawę. Było co wydawać także na armię, która u schyłku XVI w. stanowiła 0,7 % ludności, gdy w najsilniejszej w Europie Francji ledwie 0,4%. Mieszkańcy Rzeczypospolitej mogli czuć się bezpiecznie.
Niezwykłe zapotrzebowanie na polskie zboże brało się przede wszystkim z jego konkurencyjnej ceny na rynkach europejskich. Według wyliczeń prof. Wyczańskiego zyski z polskiego folwarku pańszczyźnianego wykorzystującego darmową pracę chłopów były 10-krotnie większe od wpływów z dzierżaw uzyskiwanych z ziemi uprawianej przez wolnych chłopów. Konkurencyjność polskiego zboża można porównać jedynie z dzisiejszą konkurencyjnością produktów chińskich, a darmową pracę chłopów na folwarku porównać z pracą współczesnych chińskich robotników pozbawionych jakichkolwiek ubezpieczeń społecznych i rentowych a do tego bardzo nisko opłacanych. Nie przypadkowe to porównanie, bowiem XVI- wieczna Rzeczypospolita rozwijała się równie dynamicznie jak współczesne nam Chiny.
Gospodarka polska rozwijała się harmonijnie a obok szlachty z rozwoju korzystały także miasta i chłopstwo. W Polsce XV w. było ledwie 450 miast gdy u schyłku panowania Jagiellonów aż 1000. Ilość działających ( płacących podatki) rzemieślników była do prawdy imponująca. W małych ledwie kilkutysięcznych miasteczkach było po kilkudziesięciu sukienników, szewców, piekarzy. W niewielkim Garwolinie zarejestrowano aż 63 browarników. W naszej tysiącletniej historii tylko w XVI w. wieśniakom nie opłacało się pieczenie chleba w domu. Taniej, lepiej i łatwiej było go kupić w pobliskim miasteczku. Dla porównania jeszcze w latach 60-tych XX w. było w PRL-u wiele wsi gdzie chleb tradycyjnie pieczono w domu. Nasz kraj rozwijał się nieustannie do przełomu XVI/XVII w., od kiedy zaczął się powolny regres. Poziom wzrostu gospodarczego z końca XVI w. na ziemiach polskich osiągnięto dopiero kilka lat po utracie niepodległości ok. 1800 r.
Dynamiczny rozwój gospodarczy XVI-wiecznej Polski nastąpił przede wszystkim dzięki szlachcie. Skąd nagle w przedstawicielach „klasy próżniaczej” taka aktywność i determinacja?. Odpowiedzi należy szukać ponownie w odkryciu Nowego Świata przez Kolumba, zakończenie licznych wojen w Europie, a w Polsce wojny trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim. Szczególnie ten konflikt pokazał słabość armii opartej na pospolitym ruszeniu rycerstwa. Nie bez znaczenia były również przemiany w technice wojennej związane z upowszechnieniem się broni palnej. Zmiany te zmusiły władców, do poszukiwania oddziałów w pełni zawodowych, nie dzielących obowiązków stawania zbrojnie z prowadzeniem własnych majątków ziemskich. Pozbawiona dotychczasowych splendorów i apanaży klasa rycerska musiała zabiegać o elementarne środki do życia. Biedujący rycerze nie rzadko przemieniali się w groźnych rabusiów grasujących po gościńcach. Tym łatwiej jest zrozumieć masowe zwrócenie się polskiego rycerstwa-szlachty ku gospodarowaniu na ziemi.
W sukurs szlachcie szedł ożywczy wpływ renesansu i reformacji. Musiało to wydać bogate owoce praktycznie we wszystkich dziedzinach. Ma rację Paweł Jasienica gdy pisze że „…Polska XVI w. to kraj pełen fermentu i zbawiennych napięć społecznych, zamożny, gotów przyjąć każdą nowość lub sam ją stworzyć. Nie było w tym kraju martwoty ani przewagi tępego konserwatyzmu. Konstytucja Nic Nowego oznaczała w praktyce: nic nowego po tyrańsku i dyktatorsku, bez zgody uprawnionego ogółu” Ten ogół z pozoru wydaje się elitarną grupką, korzystającą z przywileju urodzenia , w rzeczywistości szlachta polska stanowiła ok. 7% całej populacji a były takie krainy gdzie odsetek dochodził do 20 % ( Mazowsze). Posiadanie czynnego prawa wyborczego przy takim odsetku stawia Polskę bezapelacyjnie na pierwszym miejscu w Europie. Dla zobrazowania wyjątkowego poziomu demokratyzacji ówczesnych stosunków politycznych w naszym kraju podajmy, że w znanej z szybkich postępów demokratyzacyjnych Anglii po zniesieniu w 1867 r. cenzusu majątkowego do wyborów dopuszczono ledwie 2 mln obywateli na 30 mln wszystkich mieszkańców. Nic dziwnego, że o szlachcie polskiej było głośno w całej Europie .W 1573 r. biskup francuski Jan Montluc pisał :”…szlachta polska wybija się wśród innych narodów(…) przewyższa każdą inną jednością i bystrością (…) i nigdy na się nie nastaje ze względów religijnych…” .Zaiste musiał być to kraj niezwykły, gdzie wysoka kultura polityczna sprzęgała się z demokratyzmem, a tolerancja religijna z niewątpliwą religijnością całego społeczeństwa. Polska XVI wieku była nie tylko krajem o znaczącym autorytecie międzynarodowym ale sama stawała się źródłem inspiracji i naśladownictwa. Znane jest na przykład uwielbienie dla polskiej poezji wśród intelektualistów niemieckich nie mówiąc już o masowej akcji polonizacyjnej szlachty litewskiej i ruskiej. Dodajmy polonizacji w pełni dobrowolnej, nie stymulowanej jakimikolwiek administracyjnymi działaniami.
Atmosfera polskiego renesansu tak inspirująca dla szlachty nie była obojętna także duchowieństwu , mieszczaństwu i chłopom. Nasi rodacy byli w XVI w. w permanentnym ruchu co dodatkowo sprzyjało upowszechnianiu się wszelkich nowinek. Peregrynacjom sprzyjała inkorporacja po Unii Lubelskiej ogromnych terenów na południe od Prypeci i oparcie się południowo-wschodniej granicy na Dniestrze i Dnieprze. Źródło polskich problemów w XVII w. sto lat wcześniej inspirowało nowością i ogromem. W 1517 r. ówczesny profesor i rektor Akademii Jagiellońskiej Maciej z Miechowa, dodajmy urodzony w rodzinie chłopskiej ( ciekawe czy dzisiaj jakikolwiek z polskich uniwersytetów ma na swoim czele chłopskiego syna?) opublikował niezwykłe dzieło Traktatus de duabus sarmatis ( Traktat o dwóch Sarmacjach). Polemizując z Ptolemeuszem zakwestionował istnienie na wschodzie Europy mitycznych gór oraz obalił powszechnie obowiązującą zasadę, że rzeki muszą swój początek brać w pasmach górskich. Praca ta stała się kanonem wiedzy geograficznej po dziś dzień, choć sam Miechowita uważał siebie bardziej za lekarza. Napisał również doprowadzoną do współczesności Kronikę Polską, oddawał się z powodzeniem astronomii i astrologii a u schyłku życia ( zmarł w 1523 r. ) został radnym Krakowa. Za sprawą licznych tłumaczeń i wielu wydań traktat Macieja z Miechowa spopularyzował pojęcie Sarmata i Sarmacja, które od tego momentu zaczęto utożsamiać ze starożytnymi ,w zgodzie z renesansową modą , potomkami polskiej szlachty.
Dbałość o wysoki poziom wykształcenia był XVI-wieczną normą począwszy od gruntownie wykształconego Zygmunta Starego po nawet dzieci chłopskie, jak widać w opisanym powyżej przykładzie. Wielu spośród Polaków czyniło ze zdobytej wiedzy praktyczny użytek twórczo rozwijając wcześniej poznane teorie. Obok genialnego astronoma z Torunia Mikołaja Kopernika, wnikliwego krytyka stosunków wewnętrznych Andrzeja Frycza-Modrzewskiego, poety i polityka Jana Dantyszka , po pisarzy i poetów Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, Marcina Kromera i wielu, wielu innych. Wśród nich był dzisiaj bezimienny twórca jednego z pierwszych na świecie napędzanego kołem wodnym wodociągu miejskiego we Fromborku. Trudno w naszej historii znaleźć bardziej kreatywne społeczeństwo jak XVI- wieczne. Otwartość, innowacyjność a przy tym niezwykła pracowitość przynosiła pożądane wyniki. Bogactwo państwa dawało mu siłę, siła z kolei umacniała jego międzynarodową rangę., ta z kolei czyniła je atrakcyjnym partnerem dla każdego.
Oceny rządów ostatnich Jagiellonów, zwłaszcza Zygmunta Starego bywają bardzo krytyczne. Nie podzielam tych opinii. Rządy Zygmunta i jego żony Bony Sforzy zasługują na szczególną atencję. Jego mądra polityka wobec sąsiadów owocująca uznaniem przez ostatniego mistrza krzyżackiego Albrechta zwierzchnictwa Polski , przerwaniem sojuszu austriacko-moskiewskiego na zjeździe w Wiedniu w 1515 r., umocnieniem granic litewsko-rosyjskich, zapewniła Polsce kilkadziesiąt lat względnego spokoju i umożliwiła skoncentrowanie się na sprawach wewnętrznych. Wraz z przedsiębiorczą Boną, król Zygmunt umocnił pozycję tronu znacznie osłabioną po rządach Jana Olbrachta i Aleksandra. Domena królewska, będąca wcześniej przedmiotem bezrozumnego rozdawnictwa, od XVI w. stała się nie tylko źródłem bogactwa króla ale i sposobem finansowania ważnych zadań publicznych takich jak obrona kraju. Od czasów Zygmunta Augusta Polska miała stałą zawodową armię, tzw. wojsko kwarciane , na utrzymanie którego szła czwarta część dochodów z królewszczyzn. Z bogactwa i praw w Polsce korzystali wszyscy jej mieszkańcy, a nawet wcale liczni zbiegowie z sąsiedzkich Niemiec, Czech, Niderlandów czy Szkocji. W ucieczce przed prześladowaniami religijnymi czy nędzą znajdowali schronienie i szansę na godne życie. Ucieczek z Polski do krajów europejskich nie odnotowano.