
Odsłona 4
Dni polskiej decyzji.
Nie ma w naszej historii wielu przykładów decyzji, od których zależeć mogły losy całej Europy. Praktycznie poza odsieczą wiedeńską 1683 r. próżno by szukać w naszych dziejach tak ważkich poczynań. Tym bardziej dziwi brak szerszego zainteresowania poczynaniami polskiej polityki zagranicznej w przededniu wybuchu II wojny światowej, kiedy to być może po raz pierwszy i jak dotąd ostatni od polskiej decyzji zależał los starego kontynentu. Za to kolejne rocznice, które dla dawnych wrogów a dzisiejszych partnerów a nawet sojuszników są okazją do zaokrąglania kantów historycznych interpretacji czy unikania jak ognia ostrych, jednoznacznych sądów, przynoszą schematyczne, utarte, wręcz sloganowe syntezy. Powielając stare prawdy ich autorzy prezentują prace, których osią stają się o dziwo już nie stosunki polsko-niemieckie lecz polsko-radzieckie, nie 1 lecz 17 września, czyli data agresji na Polskę Armii Czerwonej. Wojna z Niemcami jawi się gdzieś w tle jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Nie dziwi mnie to bowiem poszukiwanie prawdy o wydarzeniach poprzedzających wybuch II wojny światowej musi zmuszać do zadania najtrudniejszego z niewygodnych pytań: Czy Polska mogła uniknąć tragicznych wydarzeń lat 1939-1945? I czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami w przededniu wybuchu II wojny światowej?
Jesienią 1938 r. po zawarciu haniebnego układu w Monachium, który okroił Czechosłowację z terytoriów sudeckich wydawało się, że żądania Hitlera zostały ostatecznie zaspokojone. Premier brytyjski Neville Chamberlain wysiadając z samolotu na londyńskim lotnisku machał dziennikarzom i witającym go tłumom tekstem układu monachijskiego mówiąc, najzupełniej szczerze: „Przywiozłem Wam pokój na pokolenia”. W państwach demokratycznych politycy z reguły mówią to, co wyborcy chcą usłyszeć, a po przeżyciach z lat 1914-1918 społeczności zachodnie pragnęły pokoju za wszelką cenę. Trudno się w tej sytuacji dziwić politykom, że starali się jak mogli aby odsunąć widmo konfliktu militarnego, tym bardziej, że znali w przeciwieństwie do własnych obywateli prawdę o katastrofalnym stanie przygotowań wojennych. Nie inaczej z przygotowaniami było w Polsce, za to atmosfera była w całym 1938 r. niezwykle bojowa. Najpierw postawiono na ostrzu wojennego konfliktu Litwę, którą przymuszono do zawarcia stosunków dyplomatycznych a jesienią marszałek Edward Rydz-Śmigły wydał słynny rozkaz „Maszerować”, po zajęto czeskie Zaolzie. Odnieśliśmy na oczach zdumionej Europy kuriozalne sukcesy po których zaczęto o nas mówić w kontekście zbliżonym do Włoch Benito Mussoliniego. I gdy wydawało się, że Polska wpadnie w szeroko rozpostarte ramiona hitlerowskich Niemiec, Warszawa powiedziała stanowcze nie. Co się zatem stało, że uchodzące od 1934 r. za modelowe stosunki polsko-niemieckie tak gwałtownie się popsuły?
Historycy są zgodni w jednym. Jesienią 1938 r. Niemcy postawiły żądania, które Polska odrzuciła co doprowadziło do wybuchu wojny. Przyjrzyjmy się zatem tym żądaniom. Zgłosił je 24 października 1938 r. w trakcie rozmowy z polskim ambasadorem Józefem Lipskim minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim Ribbentrop. Zaproponował ostateczne uregulowanie spornych kwestii w stosunkach polsko-niemieckich co miało być kulminacją prac podjętych przez marszałka Piłsudskiego i Hitlera. Gdańsk-zdaniem Ribbentropa- który „zawsze był niemiecki i zawsze niemiecki pozostanie” powróci do Rzeszy. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa zostanie poprowadzona przez Korytarz. W zamian za to Polska otrzyma na terenie Gdańska eksterytorialną szosę, linie kolejową, wolny dostęp do portu i gwarancje rynków zbytu dla swoich towarów. Oba kraje wzajemnie zagwarantują swoje granice, a pakt o nieagresji z 1934 r. zostanie przedłużony na okres 25 lat. Niemiecki minister zaproponował również przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego, czyli de facto sojusz polityczno-wojskowy z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Rozmowa odbyła się w przyjaznej atmosferze a szef niemieckiej dyplomacji zalecał ambasadorowi Lipskiemu aby nie sporządzał pisemnego raportu, co miało wykluczyć przecieki i szkodliwy rozgłos. Czy zatem analiza niemieckich propozycji pozwala je uznać za ultymatywne żądania czy może projekt szerokiej ugody. W zamian za oddanie Gdańska, który i tak był pod zarządem Ligi Narodów i przeprowadzenie drogi i kolei przez Pomorze Gdańskie, Polska uzyskiwała prawa w Gdańsku identyczne a nawet szersze od tych jakie posiadała. Dodatkowo perspektywa przystąpienia do paktu antykominternowskiego stawiała Polskę w szeregu mocarstw. Niemcy godziły się na zagwarantowanie granicy zachodniej z Pomorzem, Wielkopolską i Śląskiem o co toczono militarne, a później polityczne spory przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Beck miał zatem nie lada orzech do zgryzienia. Pewnie dlatego, propozycje niemieckie skrzętnie ukrywał nie tylko przed własna opinia publiczną ale także przed Rydzem-Śmigłym i prezydentem Ignacym Mościckim. Dopiero gdy strona niemiecka zaczęła się zdecydowanie domagać odpowiedzi postanowił naradzić się w gronie najważniejszych osób w państwie. Do spotkania doszło 8 stycznia 1939 r. Obok prezydenta Ignacego Mościckiego uczestnikami byli premier Felicjan Sławoj-Składkowski, wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, Beck i Rydz-Śmigły. Szef polskiej dyplomacji zrelacjonował stan stosunków polsko-niemieckich koncentrując się na żądaniach niemieckich. Po krótkiej dyskusji uczestnicy ustalili że jeżeli Niemcy będą podtrzymywać naciski na Warszawę w kwestii Gdańska i autostrady to Polsce grozi konflikt w wielkim stylu a same żądania są jedynie pretekstem do jego wywołania. Dlatego uznano, że uległość ze strony polskiej może prowadzić wprost do utraty niepodległości. Dalsze konsekwencje tych decyzji znamy doskonale: zdecydowana odmowa Warszawy, gwarancje brytyjskie z marca 1939 r. dla Polski, wypowiedzenie paktu o nieagresji przez Niemcy w kwietniu i wydanie przez Hitlera rozkazu o przygotowaniu ataku na Polskę.
Czy zatem Polska mogła przyjąć niemieckie propozycje i stać się obok Finlandii, Rumunii, Węgier czy Bułgarii sojusznikiem Niemiec? Odpowiedź powinna być negatywna bo przecież Polacy staliby się współwinni okrutnych zbrodni hitlerowskich a obozy hitlerowskie w Polsce stałyby się być może faktycznie obozami polskimi. Świat jednak nie oskarża społeczeństw tych państw o uczestnictwo w Holocauście. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację gdy po stronie państw Osi staje milionowa armia Polska, dodatkowo zaopatrzona w doskonały sprzęt pancerny i artyleryjski z Czech i Niemiec. W takiej sytuacji Związek Radziecki upadłby nie w 1990 r. lecz pół wieku wcześniej. Znacznie trudniej jest natomiast wskazać jak zakończyłaby się II wojna światowa. Bez wątpienia cały świat wyglądałby inaczej. Ale czy lepiej? Dla milionów Polaków cierpiących poniewierkę, głód, narodowe szykany i bestialskie traktowanie bez wątpienia lepiej. Nie byłoby Katynia, łagrów, deportacji i cierpień w Kazachstanie, zapewne nie byłoby Palmir, Pawiaka i powstania warszawskiego ale raczej nie dałoby się uniknąć utworzenia obozów śmierci dla milionów polskich i europejskich Żydów. W tym sensie nasz udział w ludobójstwie byłby nie tylko bezdyskusyjny ale na długie lata obciążył nasze narodowe sumienia. Tak jak dzisiejszych Niemców.
Odpowiedź zatem na pytanie czy Polska powinna stać się pierwszym sojusznikiem Hitlera należy raczej zastąpić pytaniem: Czy Polska w ogóle zastanawiała się na taką alternatywą? W trakcie wspomnianego już spotkania ze stycznia 1939 r. nikt nie zająknął się w kwestii zaakceptowania niemieckich propozycji, ba nawet nie sugerowano grania ewentualną zgodą wobec Berlina, Paryża, Londynu czy Moskwy. Polskie przedwczesne „Tak” było tak samo zgubne jak przedwczesne „Nie”. Po odkryciu kart nie da się blefować wobec nawet najsłabszego gracza, a co dopiero wobec tuzów europejskiej dyplomacji. W tym sensie decyzje podjęte 8 stycznia 1939 r. były słuszne jedynie co do celów, natomiast co do kierunków nie trafne a w wymiarze taktycznym wręcz fatalne w skutkach.
W jednej z rozmów ambasadora Lipskiego z Ribbentropem polski dyplomata zaznaczył, że wyrażenie zgody na przyłączenie Gdańska nigdy nie uzyska akceptacji Polaków. Czy rzeczywiście polska opinia publiczna była w tych kwestiach taka zgodna? Poza odosobnionym Władysławem Studnickim, zdeklarowanym germanofilem cała ówczesna opinia publiczna była przeciwna jakimkolwiek ustępstwom wobec Niemiec. Nawet szczególnie wpływowe kręgi sanacyjne poza pozorami utrzymywania poprawnych stosunków z Niemcami w duchu paktu z 1934 r. w coraz większym stopniu podkreślały wiarę wyłącznie we własne siły. Przestrzeń zatem w jakiej poruszał się minister Beck była niewielka. Szef polskiego MSZ nie miał ani takich wpływów ani przekonania aby naruszyć główny filar piłsudczykowskiej polityki zagranicznej: równych odległości pomiędzy Warszawą a dwoma wielkimi sąsiadami. Tym samym wybór jednego z sąsiadów na potencjalnego sojusznika w każdym wypadku oznaczał polityczne samobójstwo. Nie znaczy to jednak, że rozgrywka dyplomatyczna Józefa Becka została poprowadzona dobrze. Po pierwsze Beck przecenił własne talenty i źle ocenił rzeczywiste cele Hitlera. Jego zdaniem Berlin po Monachium prowadził politykę rozmiękczania Polski taką samą jaką podjął wobec Czechosłowacji. Według polskiego ministra była to jedynie próba sił, którą należało wytrzymać. Odrzucając niemieckie żądania Beck zdawał się nie dostrzegać konsekwencji swoich decyzji wierząc, że to jedynie swoista gra nerwów. Nie uświadamiał sobie, bodaj do słynnego przemówienia w Sejmie w maju 1939 r., że na końcu polskiego „nie” czai się militarny konflikt i to z obydwoma sąsiadami. Brak było przy tym ścisłego współdziałania pomiędzy Beckiem a Rydzem-Śmigłym przez co ten pierwszy przecenił siłę polskiej armii, gdy Generalny Inspektor nazbyt późno poinformowany o narastającym zagrożeniu nie podjął żadnej politycznej inicjatywy. Stąd zapewne duża pasywność na przełomie 1938/1939 r. w polskich poczynaniach i naiwne trwanie w przekonaniu o szansach na oparcie się Niemcom. Strona polska nie wykorzystała przy tym wszystkich możliwości działania. Nie podjęto dyplomatycznej gry z Hitlerem łudząc go z jednej strony nadziejami na rychłe porozumienie, z drugiej szachując państwa zachodnie i Moskwę możliwością takiego porozumienia. O tym, że Londyn i Paryż bardzo obawiały się zawarcia układu sojuszniczego Polski z Niemcami, świadczy decyzja Londynu o udzieleniu Polsce jednostronnych gwarancji bezpieczeństwa, co było bezprecedensowym gestem ze strony Wielkiej Brytanii w ogóle, a wobec kraju z Europy Wschodniej w szczególności. W Londynie znano od początku niemieckie propozycje i poważnie obawiano się, że Polska je zaakceptuje nie z racji swojej słabości lecz z powodu ich stosunkowo łatwych do zaakceptowania - zdaniem Brytyjczyków- treści. Mając to na uwadze, Beck nazbyt pochopnie zgodził się na przyjęcie gwarancji Londynu, naiwnie sądząc, że mają szczery a nie taktyczny wymiar. Konsekwencje tego są powszechnie znane. Dlatego ewentualna decyzja o odrzuceniu niemieckich żądań i przyjęciu brytyjskich gwarancji powinna pociągnąć za sobą zasadniczą zmianę głównego celu polityki zagranicznej jakim powinno się stać bezpośrednie zagrożenie konfliktem zbrojnym ze strony Niemiec. Tak się niestety nie stało. Dodatkowo zmianę w stosunkach polsko-niemieckich skrzętnie wykorzystał Stalin doprowadzając do zbliżenia z Niemcami i zawarcia paktu Ribbentrop-Mołotow. Polska znalazła się w potrzasku z bezwartościowymi gwarancjami brytyjskimi i martwym od lat sojuszem polsko-francuskim. Wmanewrowana w wojnę na dwa fronty niejako na własne życzenie, nie będąc kompletnie przygotowana nawet do walki tylko z jednym z sąsiadów, kolejny raz w historii krwawiła w samotności. Dlatego pytania o inne drogi wyjścia dla Polski w 1939 r. muszą być stawiane aby się ostatecznie przekonać czy faktycznie jedynym atutem jaki nam pozostał w 1939 r. był honor.